Streszczenia lektur

Po co czytać całe lektury?…

CZĘŚĆ PIERWSZA

Wprowadzenie

Autor wyraża tutaj swoje cierpienie, które przenika przez duszę poety oraz przeklina nieszczęsny los tych ludzi, którzy przeżywając poezję decydują się wyrazić ją w słowach i gestach oraz “wydać na marną rozkosz ludziom”. Pośrednio poeta potępia tu samą poezję, która “tych gubi, którzy się jej poświęcili”.

***

Osoby: Anioł Stróż.

Anioł posyła do poety oblubienicę, która ma się stać dla niego “żoną dobrą i skromną”. Dobry duch wypowiada też następujące słowa: “błogosławiony pośród stworzeń, który ma serce”.

***

Osoby: Chór Złych Duchów.

Złe Duchy powołują do istnienia “cień nałożnicy”, który ma się stać “kochanką poety” i wysyłają marę wraz ze sławą i innymi pokusami mającymi omamić wyobraźnię poety i zniewolić go.

***

Miejsce: Wieś. Widoczny jest kościół.

Osoby: Anioł Stróż.

Duch unoszący się nad kościołem obiecuje poecie szczęście, jeśli “dotrzyma on przysięgi (małżeńskiej) na wieki”.

***

Miejsce: Wnętrze kościoła.

Osoby: Ksiądz, Mąż, Panna Młoda, świadkowie.

Ksiądz udziela młodej parze ślubu. Po zakończeniu obrzędu Mąż pozostaje przez chwilę sam w świątyni i stwierdza między innymi, że “znalazł tę, o której marzył”.

***

Miejsce: Pięknie ustrojona komnata.

Osoby: Pan Młody, Panna Młoda, goście.

Odbywa się wesele młodej pary. Pan Młody napawa się urodą tańczącej Panny Młodej i prosi ją, aby pomimo zmęczenia zatańczyła jeszcze raz, co pozwoli mu przedłużyć rozkosz zachwycania się jej pięknym wyglądem.

***

Miejsce: Ogród i cmentarz.

Osoby: Duch Zły pod postacią dziewicy.

Mara przelatuje nocą nad ogrodem, a później nad cmentarzem, zbierając i zdobiąc się kwiatami oraz wdziękami “umarłych dziewic”.

***

Miejsce: Pokój sypialny w pałacu.

Osoby: Mąż, Żona, Dziewica.

Oboje małżonkowie śpią. Mąż widzi we śnie Dziewicę. Budzi się i stwierdza, że spoczywa obok swojej Żony, jednak Dziewica nie znika. Mężczyzna dokonuje porównania obu niewiast i oświadcza z żalem: “Przeklęta niech będzie chwila, w której pojąłem kobietę, w której opuściłem kochankę lat młodych”. Dziewica znika, natomiast budzi się Żona i wyraża troskę o Męża, którego wygląd świadczy o trapiącym go niepokoju wewnętrznym. Mężczyzna nakazuje małżonce pozostać w łóżku, sam zaś wychodzi do ogrodu.

***

Miejsce: Ogród.

Osoby: Mąż, Dziewica, Żona.

Mąż skarży się na odrętwienie, w którym znajdował się od dnia swego ślubu. Rozpacza też z tego powodu, że wszedł w nierozerwalny - przez uświęcenie go sakramentem - związek z kobietą, której nie kocha. Pojawia się Dziewica, z którą Mąż nawiązuje rozmowę i obiecuje jej: “O każdej chwili twoim jestem”. Mara znika, z domu natomiast słychać wołanie osamotnionej żony, która błaga małżonka, aby wrócił do pałacu.

***

Miejsce: Salon.

Osoby: Mąż, Żona, Dziewica.

W kącie stoi kolebka ze śpiącym dzieckiem. Żona opisuje przygotowania, jakie poczyniła w związku ze zbliżającą się uroczystością chrztu dziecka, a następnie usiłuje wydobyć z Męża wyznanie, dlaczego zmienił ostatnio swój stosunek do niej. Mąż jednak zbywa ją lakonicznymi i prawie obojętnymi odpowiedziami. W pewnej chwili za oknami słychać grzmot, zrywa się burza. W tym momencie w salonie pojawia się Dziewica. Widzą ją zarówno Mąż, jak i Żona, jednak tylko Żona dostrzega prawdziwą - trupią i szatańską - naturę zjawy. Dziewica zachęca Męża do porzucenia domu i rodziny, co też mężczyzna czyni, nie zważając na błagania i zaklinania swej małżonki, która po jego wyjściu pada zemdlona.

***

Miejsce: Sala w pałacu.

Osoby: Ojciec Beniamin, Żona, mamka z dzieckiem, Rodzice Chrzestni, Goście.

Kapłan udziela chrztu małemu Jerzemu Stanisławowi. Goście wymieniają tymczasem między sobą uwagi dotyczące nieobecności Hrabiego oraz dziwnego zachowania się Żony. W pewnym momencie Hrabina podchodzi do synka i wbrew protestom kapłana - wyraża pragnienie, aby Orcio został w przyszłości poetą co ma mu zapewnić miłość ojca, a matce - przebaczenie Męża. Po chwili Żona mdleje i zostaje wyniesiona z sali. Obrzędy zaś dobiegają końca i zgromadzeni opuszczają pałac.

***

Miejsce: Piękna okolica, widać wzgórza i lasy, a w oddali góry.

Osoby: Mąż, Dziewica.

Mąż, niepomny na rzeczywistość, którą pozostawił, podąża nadal za wiodącą go po bezdrożach Dziewicą.

***

Miejsce: Góry i przepaście nad morzem.

Osoby: Mąż, Dziewica, Złe Duchy, Anioł Stróż.

Idący w kłębach chmur Mąż spostrzega nagle, że od Dziewicy oddziela go olbrzymia przepaść. W tym momencie Dziewica przeistacza się w odrażającego trupa, ale wciąż przypomina Mężowi o jego obietnicy. Złe Duchy pragną pchnąć mężczyznę w otchłań i doprowadzić do jego potępienia, jednak w ostatniej chwili przed upadkiem w przepaść powstrzymuje Męża Anioł Stróż, który przynosi mu odpuszczenie grzechów oraz nakazuje mu powrócić do domu i kochać ochrzczonego właśnie syna.

***

Miejsce: Salon w pałacu.

Osoby: Mąż, Sługa.

Mąż powraca do domu i dowiaduje się, że Maria, jego małżonka, została odwieziona do domu dla obłąkanych. Początkowo nie chce on w to uwierzyć i szuka jej w komnatach, ale nie znajdując nigdzie małżonki, wyjeżdża z domu.

***

Miejsce: Dom obłąkanych.

Osoby: Żona Doktora, Mąż.

Mąż przedstawia się jako przyjaciel męża chorej i zostaje wprowadzony do pokoju, w którym przebywa Żona.

***

Miejsce: Pokój.

Osoby: Mąż, Żona, Doktor, Żona Doktora, kobiety.

Mąż zostaje sam na sam z chorą, jednak ich rozmowę przerywają co jakiś czas głosy obłąkanych, dochodzące zza ścian, sufitu i spod podłogi. Żona rozpoznaje małżonka, jednak jest bardzo osłabiona. Zwierza się mu, że wybłagała sobie u Boga łaskę: “stała się poetą”. Oznajmia też, że ich syn również stanie się w przyszłości poetą. Doktor, który nadszedł chwilę później, oznajmia, że niewiasta zmarła.

CZĘŚĆ DRUGA

Wprowadzenie

Poeta opisuje tutaj postać kilkuletniego już Orcia. Chłopiec ten jest dzieckiem uroczym i nadzwyczaj spokojnym. Każdy, kto go spotkał, zachwycał się nim i wróżył mu wspaniałą przyszłość. Tylko “ojciec jeden milczy i spogląda ponuro, aż łza mu się zakręci i znowu gdzieś przepadnie”, gdyż widzi momentami głębokie i dziwne u kilkuletniego dziecka zamyślenia, zwiastujące duszę skażoną poetyckim natchnieniem.

***

Miejsce: Cmentarz.

Osoby: Mąż, Orcio.

Ojciec z synem modlą się za duszę zmarłej przed dziesięciu laty matki chłopca. Orcio jednak ciągle zmienia słowa modlitwy. Na napomnienia ze strony ojca, aby modlił się tak, jak go nauczono odpowiada, że słowa, które wypowiada “nawijają mu się i bolą w głowie” tak, że musi je wypowiedzieć. Opowiada też ojcu, że często widuje swoją matkę, która do niego przemawia. Chłopiec powtarza usłyszane od zjawy słowa, co powoduje u ojca przypływ rozpaczy. Hrabia błaga Boga, aby nie odbierał rozumu dziecku i nie zsyłał na nie przedwczesnej śmierci, którą mogą spowodować poetyckie wizje przeżywane przez słabego i nieodpornego psychicznie chłopca. Wreszcie Hrabia odchodzi wraz z synem.

***

Osoby: Filozof, Mąż, damy i kawalerowie.

Towarzystwo znajduje się na spacerze. Filozof w rozmowie z Mężem rozwija swoje teorie dotyczące przemian zachodzących na świecie w wyniku gwałtownych przewrotów i rewolucji. Hrabia jednak przyrównuje te twierdzenia do spróchniałego drzewa, które wypuszcza wprawdzie młode gałązki, ale niedługo całe ulegnie zagładzie.

***

Miejsce: Mąż, Anioł Stróż, Mefisto, Orzeł.

Mąż stwierdza, że pomimo poszukiwań i dociekań, które pochłonęły całe jego dotychczasowe życie, nie dotarł do “ostatniego końca wszelkich wiadomości” i nie posiada już w sobie żadnych uczuć. Głos Anioła, który usiłuje wskazać mu drogę miłości, zagłuszony jest przez Mefista, który znienacka pojawia się obok Hrabiego, a po chwili rozmowy odchodzi. W chwilę później przed oczami Henryka pojawia się wielki i czarny Orzeł, który zachęca Hrabiego do podjęcia bezpardonowej walki. Wreszcie Hrabia pozostaje sam i - po krótkim monologu - odchodzi, aby “się na człowieka przetworzyć” przez walkę “ze swą bracią”.

***

Miejsce: Pokój.

Osoby: Mąż, Lekarz, Orcio.

Czternastoletni Orcio choruje na oczy. Lekarz wezwany przez Hrabiego stwierdza, że chłopiec straci całkowicie wzrok i nie ma na to żadnej rady. Ojciec jest zrozpaczony i zrezygnowany:

“gdzie mam się upomnieć o krzywdę mego dziecka?

Milczmy raczej - Bóg się z modlitw,

Szatan z przeklęstw śmieje”

***

Osoby: Lekarz, Ojciec Chrzestny, Mąż.

Mąż wezwał późnym wieczorem Lekarza, aby dopomógł Orciowi, który dziwnie się zachowuje: “Budzi się zawsze około dwunastej, wstaje i przez sen mówi”. Od Ojca Chrzestnego medyk dowiaduje się, że matka chłopca zmarła w obłąkaniu.

***

Miejsce: Pokój sypialny.

Osoby: Mąż, Lekarz, Ojciec Chrzestny, Służąca, Krewni, Mamka, Orcio.

Zebrani obserwują dziwne zachowanie Orcia, który wstaje z łóżka, spaceruje po pokoju i zaczyna mówić przez sen zwracając się wpierw do otaczających go ciemności, a następnie do swej matki. Lekarz stwierdza, że chłopiec cierpi na “pomieszanie zmysłów, połączone z nadzwyczajną drażliwością nerwów”. Zebrani rozchodzą się, natomiast Orcio się budzi. Ojciec odprowadza go do łóżka, a gdy chłopiec zasypia Hrabia błogosławi go, gdyż “nic więcej dać mu nie może, ni szczęścia, ni światła, ni sławy”, a następnie użala się nad losem niewidomego dziecka.

CZĘŚĆ TRZECIA

Wprowadzenie

Poeta ukazuje tu obraz tłumu wynędzniałych i obdartych ludzi, którzy żądni krwi panów - wsłuchują się właśnie w słowa swego przywódcy, Pankracego.

***

Miejsce: Szałas.

Osoby: Przechrzta (jeden z przywódców zbuntowanego ludu), Chór Przechrztów, Leonard.

Wyznawcy judaizmu, którzy dla zjednania sobie chrześcijan przyjęli chrzest, gotują się do uwieńczenia swego spisku ostateczną rozprawą z wyznawcami Chrystusa. Judaiści cieszą się już na myśl o zbliżającej się klęsce chrześcijan. Wchodzi Leonard i oznajmia Przechrzcie, że jest on wzywany do Pankracego. Następnie obaj wychodzą.

***

Miejsce: Namiot.

Osoby: Pankracy, Leonard, Przechrzta.

Leonard przyprowadza ze sobą Przechrztę. Pankracy wysyła Żyda do Hrabiego Henryka z wiadomością, że wódz rewolucjonistów “chce się z nim widzieć osobiście, potajemnie, pojutrze w nocy”. Po wyjściu Przechrzty, Leonard gwałtownie reaguje na wiadomość o potajemnym spotkaniu, jednak Pankracy nakazuje mu ślepo wierzyć w swoje słowa i studzi zapały porywczego młodzieńca oraz oznajmia mu, że na spotkanie z Henrykiem pójdą we dwóch. Leonard wychodzi, natomiast Pankracy pogrąża się w rozważaniach nad dziwnym wpływem, jaki wywiera na niego osobowość Henryka. Zastanawia się też nad celem swojego działania. Wreszcie wraca do swej myśli: “świat nowy utworzyłaś naokoło siebie - a sama błąkasz się i nie wiesz, czym jesteś”.

***

Miejsce: Polana w borze, na której znajdują się namioty i szałasy rewolucjonistów.

Osoby: Mąż, Przechrzta, Dziewczyna, Lokaje, Kamerdyner, Chór Rzeźników, Kobieta, Bianchetti, Rzemieślnik, Chór Chłopów.

Przechrzta oprowadza Męża po obozie rewolucjonistów. Dla niepoznaki Hrabia jest ubrany w czarny płaszcz i czerwoną czapkę noszoną przez buntowników. Mężczyźni podchodzą do różnych ucztujących i bawiących się grup. Wszędzie słychać przekleństwa padające pod adresem panów oraz obietnice krwawego odwetu przez ciemiężonych dotąd i gnębionych na każdym kroku członków niższych klas, którzy pragną zarazem oderwać się od starego porządku i odrzucić wszystko, co mogłoby przypominać dawne czasy, nawet religię i wszelkie prawa moralne.

***

Miejsce: Inna część boru. Widoczne jest wzgórze.

Osoby: Mąż, Przechrzta, Dziewica, Leonard, Chór Niewiast, Chór Mężów, Zabójcy, Herman (Syn Filozofa), Chór Kapłanów, Chór Filozofów, Dziewczyny, Dzieci, Chór Artystów, Chór Duchów, lud.

Mąż dochodzi do miejsca, gdzie “Leonard odprawia obrzędy nowej wiary”. Po drodze mija gruzy zburzonego przez rewolucjonistów “o,statniego kościoła na tych równinach” oraz zniszczonego cmentarza. Leonard w bluźnierczym zapale oznajmia uczestniczącym w obrzędach nastanie “nowego świata”, w którym lud nie będzie już cierpiał i wszyscy będą równi, natomiast nad światem tym panować będzie “bóg nowy”, “pan swobody i rozkoszy”. Następnie młody “prorok natchnięty Wolności wyświęca” Zabójców, mających “iść bez trwogi i mordować bez wyrzutów” oraz udziela Hermanowi “święceń zbójeckich “, aby młodzieniec ów “niszczył stare pokolenia po wszech stronach świata”. Później do ruin świątyni wyrusza orszak, w którym kroczy również Leonard. W drodze powrotnej styka się twarzą w twarz z Mężem, lecz nie poznaje go, natomiast Hrabia przedstawia się jako “morderca klubu Hiszpańskiego”. Po chwili rozmowy Leonard odchodzi wraz z orszakiem, Mąż zaś - wraz z towarzyszącym mu pod groźbą śmierci Przechrztą - podąża do “wąwozu św. Ignacego”. Henryk słyszy w lesie głosy Chóru Duchów, które lamentują nad zniszczonymi świątyniami, ołtarzami i pomnikami świętych. W odpowiedzi na te żale Hrabia obiecuje, że wrogów Chrystusa “na tysiącach krzyżów rozkrzyżuje”. Wreszcie obaj mężczyźni docierają do wąwozu i Mąż pozwala Przechrzcie odejść, sam natomiast spotyka się ze swoimi uzbrojonymi zwolennikami.

***

Osoby: Pankracy, Leonard, grupa rewolucjonistów.

Nocą Pankracy podchodzi ze swymi ludźmi do siedziby Hrabiego i nakazuje wszystkim pozostać na miejscu, natomiast sam - pomimo protestów Leonarda - udaje się na umówione spotkanie.

***

Miejsce: Podłużna komnata w pałacu Hrabiego.

Osoby: Mąż, Sługa, Pankracy.

O godzinie dwunastej Sługa wprowadza Pankracego. Wódz rewolucjonistów oferuje Hrabiemu ocalenie za cenę rezygnacji z walki ze zbuntowanym ludem. Jednak Henryk - nie chcąc kalać swego honoru - odrzuca tę propozycję i ciska Pankracemu w twarz prawdę o tych, którzy rzekomo budują nowy świat:

“widziałem wszystkie stare zbrodnie świata,

ubrane w szaty świeże, nowym kołujące tańcem

- ale ich koniec ten sam, co przed tysiącami lat

- rozpusta, złoto i krew”

Zarzuca mu też, że choć jest wodzem ludu, to jednak tym ludem gardzi. Pankracy w odpowiedzi na to przepowiada, że z obecnego pokolenia wyrosną następne: prawdziwie wolne, równe i panujące nad całą ziemią. Próbuje wpłynąć na Henryka, odwołując się do jego skłonności poetyckich. Henryk powołuje się na wielkość i znaczenie rodów arystokratycznych w historii ludzkości, ale Pankracy wykazuje na przykładzie niektórych przodków Henryka rozkład moralny, któremu rody te uległy. Hrabia jednak nie ustępuje, przypominając dobro, które szlachta świadczyła do tej pory chłopom. Obaj twardo bronią swoich racji, aż wreszcie Pankracy odchodzi, przepowiadając Hrabiemu zgubę.

CZĘŚĆ CZWARTA

Wprowadzenie

Poeta opisuje zamek Św. Trójcy. Bastiony tej twierdzy - zbudowane na skalistym wzgórzu - wyłaniają się właśnie z tumanów mgły, w obozie przeciwnym w promieniach wschodzącego słońca błyszczy broń rewolucjonistów, którzy tłumnie kierują się w stronę zamku i przygotowują się do jego oblężenia.

***

Miejsce: Katedra w zamku Św. Trójcy.

Osoby: Arcybiskup, Mąż, Hrabiowie, Chór Kapłanów, dygnitarze, szlachta.

Arcybiskup mianuje Henryka wodzem i komendantem twierdzy. Hrabiowie szemrzą przeciwko Henrykowi, jednak żaden z nich nie ma odwagi wystąpić jawnie przeciw nowemu wodzowi. Mąż zaś wymaga, aby wszyscy złożyli przysięgę, że chcą “bronić wiary i czci przodków” oraz że nie poddadzą się wrogowi. Zebrani spełniają to życzenie.

***

Miejsce: Jeden z dziedzińców zamku.

Osoby: Mąż, Hrabiowie, Baronowie, Książęta, księża, szlachta.

Hrabia, Baron i Książę usiłują na stronie skłonić Henryka do wszczęcia układów z oblegającymi, jednak on ogłasza wszystkim, że “kto wspomni o poddaniu się, ten śmiercią karany będzie”, słowa te zaś powtarzają za nim arystokraci. Ta decyzja zostaje - jak wszystkie dotychczasowe słowa Henryka - przyjęta przez szlachtę z entuzjazmem.

***

Miejsce: Krużganek na szczycie wieży.

Osoby: Mąż, Jakub.

Mąż dowiaduje się od Jakuba, że Orcio “usiadł na progu starego więzienia i śpiewa proroctwa”. Hrabia wydaje rozkazy dotyczące rozmieszczenia żołnierzy na murach, a po odejściu Jakuba wchodzi na płaski taras i snuje tu rozważania. Rozkoszuje się myślą o władzy, jaką oddano w jego ręce. Spoglądając na zachodzące słońce wypowiada słowa świadczące o tym, że przeczuwa już zbliżającą się śmierć: “stoję na pograniczach snu wiecznego wodzem tych wszystkich, co mi wczoraj jeszcze równymi byli”.

***

Miejsce: Komnata w zamku.

Osoby: Orcio, Mąż.

Po stoczonej bitwie Hrabia spotyka się z synem, który prowadzi ojca do lochów.

***

Miejsce: Lochy podziemne.

Osoby: Mąż, Orcio, duchy zamęczonych tu niegdyś ludzi.

Orcio opisuje scenę, która rozgrywa się przed oczyma jego duszy: duchy pomordowanych gromadzą się, aby sądzić potomka swych ciemiężycieli: postać bliźniaczo podobną do Hrabiego. Henryk, choć nie widzi zjaw, to jednak słyszy głosy wydające wyrok. Wreszcie zabiera syna i ucieka z lochu. Ścigają go słowa wyroku, kilkakrotnie już wypowiedziane przez duchy:

“za to, żeś nic nie kochał, nic nie czcił prócz siebie,

prócz siebie i myśli twych, potępion jesteś - potępion na wieki”

***

Miejsce: Sala w zamku.

Osoby: Mąż, Ojciec Chrzestny, Jakub, Książę, żołnierze, kobiety, dzieci, kilku starców.

Ojciec Chrzestny przybywa z poselstwem od Pankracego, którego słowa przekazuje w obecności zebranych: wódz powstańców w zamian za kapitulację i uznanie “dążenia wieku” gwarantuje oblężonym życie. Propozycja ta przypada do gustu zgłodniałym i zastraszonym magnatom. Wypowiadają posłuszeństwo Henrykowi i pragną go wydać w ręce Pankracego, ponieważ Henryk nie chce nawet rozmawiać z Ojcem Chrzestnym i wyrzuca arystokracji jej upadek moralny. Sytuacja jest krytyczna, jednak za Mężem opowiadają się żołnierze sprowadzeni właśnie przez Jakuba. Poseł, widząc to, ucieka, natomiast arystokraci przeklinają nieugiętego wodza. Mąż zaś rozkazuje wojsku przygotować się do walki.

***

Miejsce: Okopy Św. Trójcy.

Osoby: Mąż, Jakub, Orcio.

Obrońcy zamku odparli kolejny szturm, lecz Mąż dowiaduje się, że nie ma już amunicji do dział. Słysząc to nakazuje, aby Jakub przyprowadził Orcia, aby mógł się z nim pożegnać. Po powrocie Jakuba nakazuje mu jeszcze, aby wszystkich, którzy znajdują się w zamku, wypędził na mury, sam natomiast rozmawia z synem. Orcio oznajmia, że rozmawiał ze swą matką, która przepowiedziała jego śmierć. W chwilę później chłopiec ginie ugodzony zabłąkaną kulą. Mąż staje na czele swych żołnierzy i rusza do decydującej bitwy.

***

Miejsce: Inna część okopów.

Osoby: Mąż, Jakub.

Ciężko ranny Jakub umiera, przeklinając Hrabiego za jego upór. Mąż widząc zbliżających się zwycięzców przeklina poezję i zdając sobie sprawę z potępienia, na które się wystawia, popełnia samobójstwo skacząc w przepaść ze szczytu baszty.

***

Miejsce: Dziedziniec zamkowy.

Osoby: Pankracy, Leonard, Bianchetti, tłumy rewolucjonistów, Hrabiowie, Książęta oraz ich żony i dzieci, Naczelnik Oddziału.

Pankracy sprawuje sąd nad pojmanymi arystokratami i skazuje ich kolejno na śmierć. Ojciec Chrzestny usiłuje zapobiec śmierci zwyciężonych, ale doprowadza jedynie do tego, że sam zostaje włączony do grona skazańców. Pankracy pragnie dowiedzieć się czegoś o losie Henryka. Naczelnik Oddziału mówi, że wraz z żołnierzami widział człowieka, który rzucił się z murów. Człowiek ów pozostawił na murach swą szablę. Pankracy rozpoznaje szablę Henryka i zwraca się do arystokratów:

“on jeden spośród was dotrzymał słowa.

- Za to chwała jemu, gilotyna wam”

Następnie rozkazuje zburzyć twierdzę i udaje się z Leonardem na szczyt baszty. Tutaj snuje plany na przyszłość, w pewnym jednak momencie - spoglądając w stronę zachodzącego słońca - dostrzega na niebie sylwetkę Chrystusa, którego wzrok przewierca go na wylot. Po chwili wódz rewolucjonistów wypowiada po łacinie następujące słowa: “Galilejczyku, zwyciężyłeś” i kona w objęciach Leonarda.

I

Wraz z tragiczną śmiercią Zenona Ziembiewicza, uważanego za człowieka przyzwoitego, wyszedł na jaw jego romans z Justyną Bogutówną. Wybuchł skandal, trudno było jednak dowiedzieć się szczegółów. Jedno z czasopism przedstawiło czyn dziewczyny “jako niepoczytalny”, gdzie indziej dopatrywano się ze strony dziewczyny symulacji.

Po śmierci matki, wdowy służącej “po okolicznych dworach jako kucharka”, Bogutówna, nie posiadająca w tych stronach krewnych, znalazła się “w mieście na służbie u pewnej bardzo ciężko chorej osoby”. Zainteresowała się nią wówczas pani Ziembiewiczowa, dzięki której mogła podjąć pracę “w sklepie bławatnym Torucińskiego”. Po kilku miesiącach odeszła jednak stamtąd i rozpoczęła pracę w “cukierni Chązowicza”, ale i tu nie pracowała długo.

Zenon był synem rządcy folwarku w Boleborzy, stanowiącego część majątku państwa Tczewskich. Ojciec Zenona Walerian, niezmiernie się chlubił swym szlacheckim pochodzeniem. Posadę objął na kilka lat przed wojną, jednak gospodarzył “równie nieumiejętnie i źle jak na ziemi własnej”. Jego pasją i głównym zajęciem było polowanie. Wybuch wojny i jej wydarzenia nie miały na jego życie prawie żadnego wpływu poza faktem, że z równym zapałem gościł zarówno oficerów niemieckich, rosyjskich i polskich, zależnie od tego, które wojska znajdowały się na tych terenach.

Zenon pobierał nauki w mieście. Przyjeżdżał do domu na święta i wakacje, przywożąc “doskonałe stopnie i świadectwa”. Jednak szkoła dawała mu nowe spojrzenie na rodzinny dom, którego powoli zaczynał się wstydzić, gdyż “każdy nauczyciel… był mędrcem wobec tych ludzi najbliższych, którzy mu niegdyś imponowali” - ojca i matki. Podczas swoich ostatnich wakacji Zenon spostrzegł, że jego ojciec “nic nie robi”, tylko chodzi całymi dniami ze swą dubeltówką, krzyczy, narzeka, a “gdy trzeba robić rachunki, woła do kancelarii matkę”. Słowem - “jest tylko do pilnowania ludzi, żeby nie kradli pańskiego”.

Chłopak znał już w tym czasie pannę Elżbietę Biecką, mieszkającą u swej krewnej, pani Kolichowskiej. Dziewczyna wzbudzała w nim żywe zainteresowania, mimo, iż była złośliwa i niegrzeczna.

II

Pani Cecylia pierwszy raz wyszła za mąż z miłości za Konstantego Wąbrowskiego, socjalistę, który musiał wyemigrować i pozostawił w kraju bez środków do życia żonę z ośmioletnim synem. Tuż przed wojną popełnił samobójstwo. Następny związek - tym razem z rozsądku - ze starszym od niej o piętnaście lat, bogatym rejentem, Aleksandrem Kolichowskim, również nie dał jej szczęścia. Była ciągle przez zazdrosnego męża pilnowana i szpiegowana, po jego zaś śmierci odziedziczyła zamiast spodziewanej fortuny kamienicę. “Połowę piwnic zamieniła na mieszkania”, żyjący tam “żywioł miejskiej nędzy” sprawiał jej wiele kłopotu. Również dwa małe mieszkanka “wbudowane w strych” nie przynosiły jej prawie wcale dochodu, gdyż rodzina Gołąbskich nie miała pieniędzy, drugie zaś zajmowali państwo Posztrascy, znajdujący się w równie niekorzystnej sytuacji, a pani Łucja była dawną przyjaciółką Kolichowskiej. Zenon Ziembiewicz, uczeń ósmej klasy, zamieszkujący “na stancji u nauczyciela gimnastyki” był częstym gościem w salonie pani Cecylii, dokąd przychodził, aby pomagać w nauce uwielbianej po cichu koleżance z klasy, Elżbiecie. Dziewczyna domyślała się, że jest w niej zakochany, jednak sama czuła do niego jakiś niewytłumaczalny wstręt. Poza tym darzyła młodzieńczym, platonicznym uczuciem rotmistrza Awaczewicza, który przyjeżdżał od czasu do czasu z frontu, aby odwiedzić swą daleką krewną, pannę Julię Wagner, uczącą Elżbietę francuskiego. Owo uczucie było dla panny Bieckiej “sprawą ogromną i w życiu jedynie realną”.

III

Pani Cecylia nie była osobą zbyt towarzyską, tolerowała jednak niekiedy wizyty swych starych przyjaciółek a zarazem lokatorek. Kiedy była chora, wizyty te były nieco rzadsze. Jednak raz do roku, w jej imieniny, zbierało się u niej grono starszych już pań. Niektórym z nich dawniej powodziło się o wiele lepiej niż w tym czasie, jednak zachowały w sobie resztki zamiłowania do szyku i dystyngowanego zachowania. Podczas tych małych domowych uroczystości Elżbieta przebywała razem z gośćmi i przysłuchiwała się rozmowom zdając sobie sprawę z tego, iż ona mogłaby być teraz na miejscu którejś z owych niewiast i że w przyszłości ona również nieuchronnie się zestarzeje. Pani Kolichowska zaś w czasie owych spotkań uświadamiała sobie, iż należy ona do tej “parady wiedźm” i myśl ta bynajmniej nie była dla niej przyjemna.

Podczas jednego z tradycyjnych przyjęć imieninowych tematem rozmowy stały się służące, o których starsze panie wypowiadały zgodnie opinię, iż są one “takimi samymi ludźmi jak inni”, ale równie zgodnie myślały w duchu, że jest wręcz przeciwnie. Pani Warkoniowa, wdowa po mecenasie, udowadniając, że służące są stworzeniami całkiem bezmyślnymi, wspomniała o Bogutowej, która niegdyś u niej pracowała. Miała ona wówczas czterdzieści lat i została zwolniona, ponieważ pani mecenasowa spostrzegła, iż służąca jest w ciąży. Pani Warkoniowa przyznała, że pomimo swej głupoty była to kobieta pracowita i stwierdziła, iż owej służącej wielce się poszczęściło, gdyż pomimo nieślubnego dziecka została przyjęta do służby przez młodą hrabinę Tczewską, jej córeczka Justynka “bawi się w ogrodzie z hrabiankami jak równa”. Wszystkie panie wyrażały też zgodnie opinię, że tym wszystkim ubogim i pozbawionym inteligencji kobietom świetnie się w życiu powodzi, gdyż wychodzą za “hrabiów, ministrów i generałów” i “mając pięćdziesiąt lat są jeszcze piękne”, damom zaś “pozostają małe emerytury… i wspomnienia o mężach, którzy na długo przed tym, zanim umarli, stali się obcymi ludźmi”. Słysząc takie wywody Elżbieta obiecywała sobie, iż nigdy nie wyjdzie za mąż i “będzie okrutna dla mężczyzn, o ile który odważy się ją pokochać”.

IV

Nadeszła wiosna. Pani Kolichowska często miała dodatkowe problemy związane ze swym ogrodem, oddzielonym od podwórza kamienicy wysokim parkanem, ponieważ, mimo że nie pozwalała tam przebywać żadnemu z lokatorów, często zdarzało się, że kwiaty nadające się do sprzedaży, czy też dojrzewające owoce “stanowiły przynętę dla własnych podwórzowych i okolicznych urwisów”, sprawców wyrządzonych szkód nigdy nie udawało się odkryć. Niewiele pomagał też pies podwórzowy, Fitek, który dla podtrzymania czujności był z polecenia pani Cecylii karmiony tylko raz dziennie. Elżbieta lubiła spędzać czas w owym ogrodzie snując marzenia, ale z okna jej pokoju widać było jedynie odpychające kamieniczne podwórze, na którym w cieplejsze dni pojawiali się mieszkańcy suteren, określani przez nią mianem “ludzi podziemi”, którzy przez wygląd, szachowanie, sposób życia a nawet zapach, wydawali się jej być całkiem odmienną rasą od “ludzi nawierzchni”.

Pewnego czerwcowego dnia, wezwana jak zwykle przez swą nauczycielkę, udała się ma lekcję francuskiego. Drzwi otworzył jej Awaczewicz. Przez chwilę byli sam na sam - i wojskowy, nieoczekiwanie, pocałował ją. Przez całą lekcję była zdenerwowana i rozkojarzona. Kiedy zbierała się do wyjścia, Awaczewicz, ku jej przerażeniu, chciał ją odprowadzić, jednak panna Julia powstrzymała go. Będąc już za drzwiami Elżbieta usłyszała odgłosy ostrej sprzeczki i pojęła, co mogło łączyć tych dwoje. Uciekła jak najprędzej do domu, jednak długo nie mogła dojść do siebie, gdyż zdarzenie sprowadziło ją na ziemię. Przede wszystkim zawiodła się na człowieku, którego kochała, gdyż myślała, iż mężczyzna, który ma żonę i dwoje dzieci nie może oglądać się za innymi kobietami, a już na pewno nie zwróci uwagi na młodą dziewczynę, której owo jednostronne uwielbienie najzupełniej wystarczało, aby być szczęśliwą. Poza tym zrozumiała po części postępowanie swej matki, która rozeszła się z ojcem i przebywała gdzieś za granicą oraz pani Cecylii, która po otwarciu po śmierci męża sejfu i obejrzeniu znalezionych tam papierów nie chciała pójść na jego pogrzeb. Panna Biecka po tych odkryciach miała wielką ochotę “skończyć ze sobą”.

V

Zenon poznał Justynę, gdy miała dziewiętnaście lat. Jej matka po wymówieniu otrzymanym od Warkoniowej i wyjściu ze szpitala miała trudności ze znalezieniem pracy. W końcu udało jej się otrzymać posadę kucharki u hrabiów Tczewskich. Swymi umiejętnościami zdobyta sobie ich uznanie. Po pewnym czasie zaczęła jednak ciężko chorować i po dwukrotnej zmianie miejsca znalazła się u Ziembiewiczów. Justyna przez jakiś czas była towarzyszką zabaw dwuletniej wówczas córki Tczewskich, Róży. W kilka lat po ich wyjeździe za granicę przyjaźń ta “uległa rozchwianiu”. Jednak dziewczynka zachowała w sobie “pewien system wskazań obyczajowych oraz nie umotywowane zaufanie do losu”. Analizując w późniejszym okresie swe zachowanie, Zenon doszedł do wniosku, że Justynę i miejsca z nią związane wówczas bezwiednie starał się omijać. Jednak wkrótce jego stosunek do niej uległ zmianie.

VI

Zenon, któremu pozostał jeszcze rok studiów w Paryżu, przyjechał do domu na wakacje. Pewnego dnia otrzymał list od swego przyjaciela, Karola Wąbrowskiego, od którego dowiedział się o śmierci Adeli. Dziewczyna zakochała się w Zenonie dwa lata wcześniej, ale już wtedy nie było dla niej nadziei, gdyż była chora na gruźlicę. Zenon nie odwzajemniał wprawdzie jej uczucia, z czego zresztą ona zdawała sobie sprawę, ale miał spokojne sumienie, gdyż niczego jej nie obiecywał, natomiast “był wdzięczny i dobry dla niej, jak tylko mógł”.

Młodzieniec, którego światopogląd w wyniku studiów i zetknięcia się z nowymi prądami stawał się coraz bardziej “nowowczesny”, pragnął odciąć się od “dziwnego”, a nawet już nieco egzotycznego w jego oczach, świata boleborzańskiego dworku. Najbardziej pragnął w sobie wykorzenić to wszystko, co w swojej naturze odziedziczył po ojcu. Jedną z takich “znienawidzonych” cech był nieokiełznany erotyzm, który u jego ojca był bez większego skrępowania i z dużą dozą tolerancji podtrzymywany przez panią Ziembiewiczową. Trzymała ona zawsze we dworze dziewczyny, “które były jawnie kochankami ojca”. Obecnie hołubiła Justynę, ale tym razem jakby bezwiednie podsuwała ją synowi. Zenon bronił się przed tym, ale jego natura nie mogła pozostać obojętna wobec wdzięków dziewczyny. Ona sama również ufnie “garnęła się do niego, można powiedzieć, że sama szła mu w ręce”. Zostali kochankami jeszcze przed jego wyjazdem.

VII

Przed opuszczeniem Boleborzy Zenon poprosił rodziców o pomoc materialną, jednak ojciec odesłał go do matki, ona zaś stwierdziła, że nie są oni w stanie go wspomóc i poradziła, aby zwrócił się do pana Czechlińskiego, pełnomocnika Tczewskich, który jako człowiek dobrze sytuowany i posiadający duże wpływy w okolicy, może będzie mógł w jakiś sposób dopomóc. Młody Ziembiewicz udał się więc do miasteczka i zatrzymał się tu na jakiś czas. Napisał niedawno artykuł, który oddał w ręce Czechlińskiego, otrzymując od niego kwotę pozwalającą na wyjazd do Paryża. Przypadkiem spostrzegł młodą kobietę, którą okazała się być panna Biecka. Niezwłocznie też udał się do niej, by móc “przed samym sobą ten (swój) malutki i platoniczny romans prowincjonalny skompromitować”. Został życzliwie przyjęty, jednak dostrzegł w niej wewnętrzną przemianę: niegdyś “istotną radość okrywała złą miną i impertynenckimi słowami. Teraz konwencjonalna radość służyła do okrywania pustki”. Wywiązała się między nimi dyskusja, w której Zenon stał na stanowisku, iż można odciąć się od przodków i uzyskać wewnętrzną od nich niezależność, stać się kimś innym, niż oni byli i nie powtarzać ich postępowania. Jednak Elżbieta z całą energią i żalem opowiedziała się za niemożnością takiego rozwiązania, dając za przykład swe własne życie. Ponieważ pani Kolichowska ciężko zachorowała, ona przejęła zarząd kamienicy i stwierdziła, iż z całą obojętnością potrafi patrzeć i “urzędowo potwierdzać” wszystkie zdarzenia, które mają tu miejsce oraz szczegóły dotyczące życia lokatorów, jedną zaś z rzeczy, którą tak “obojętnie widzi” jest fakt, iż w piwnicach przerobionych na mieszkania gnieździ się w niewyobrażalnie nędznych warunkach więcej osób niż na wszystkich piętrach kamienicy razem wziętych. Po wyjściu Zenon zobaczył Awaczewicza zmierzającego w stronę kamienicy pani Cecylii i był pewny, że idzie on do Elżbiety.

VIII

Pani Kolichowska poruszała się z trudnością już nawet po domu. Zaczęła ją nawiedzać myśl o zbliżającej się śmierci. W tym czasie zaczęła sobie coraz lepiej zdawać sprawę ze swego wielkiego przywiązania do Elżbiety, która z taką cierpliwością i troską się nią opiekowała. Przywiązania tego nie umniejszał fakt, że dziewczyna zarządzając kamienicą litowała się nad wszystkimi jej mieszkańcami, którzy w oczach pani Cecylii byli tylko próżniakami i ludźmi, którymi nie warto się zbytnio zajmować lub których dobro nie może godzić w jej interesy i zakłócić jej życia. Panna Biecka opowiadała się często za nimi, stając tym samym jakby “po drugiej stronie barykady” w stosunku do swej ciotki. Przywiązanie chorej kobiety do dziewczyny ujawniło się bardziej w czasie, gdy dziewczyna pojechała do Szwajcarii, aby spotkać się z matką: pani Cecylia w głębi duszy obawiała się, aby nie doszło pomiędzy matką i córką do porozumienia, które mogłoby doprowadzić do ostatecznego wyjazdu Elżbiety.

Inną dręczącą ją myślą było wspomnienie Karola, którego jako kilkunastoletniego, ciężko chorego chłopca odwoziła do szwajcarskiego uzdrowiska; syn nigdy nie wybaczył jej powtórnego małżeństwa i nie chciał jej więcej widzieć.

Pod nieobecność Bieckiej panią Cecylią opiekowała się pani Łucja Posztraska, której znów stara przyjaciółka nie mogła wybaczyć i wyperswadować zbyt pobłażliwego traktowania męża, człowieka żyjącego w długach, który ani na jeden dzień nie zrezygnował z dość swobodnego trybu życia prowadzonego w czasach, gdy obojgu powodziło się o wiele lepiej. Niepokój wzbudzały w niej również częste wizyty Awaczewicza, który już dość dawno porzucił żonę i wprost zalecał się do Elżbiety.

Po powrocie panny Bieckiej pani Cecylia odetchnęła z ulgą, choć - wciąż obawiając się rozstania z wychowanką - zwróciła też uwagę na codzienne prawie wizyty Ziembiewicza. Pewnego razu rozmowa Elżbiety i Zenona zeszła na temat przeszłości. Dziewczyna pod naciskiem wyznała swe dawne uczucie do Awaczewicza, on zaś otwarcie przyznał się do swej młodzieńczej miłości i w tym momencie oboje doszli do swoistego porozumienia. Zenon przyznał się jeszcze do swojego romansu z Justyną, określając go jednak mianem “części kompleksu boleborzańskiego”, który zawsze chciał w sobie zwalczyć.

IX

Wiosną Bogutowa ciężko się rozchorowała. Miejscowy lekarz stwierdził, że należy ją odwieźć do szpitala. Justyna pojechała więc razem z matką do miasta. Stara kobieta przez cały czas była na pół przytomna, kiedy zaś wreszcie późnym wieczorem dotarła do szpitala, zemdlała. Justyna umieściła ich rzeczy u dawnej znajomej, Jasi Gołąbskiej, zamieszkującej wraz z obłożnie chorą matką, bratem Frankiem i ostatnim pozostałym przy życiu dzieckiem, ciasny kąt w suterenie kamienicy pani Kolichowskiej. Kiedy Bogutówna wróciła do szpitala, jej matka leżała na stole operacyjnym, jednak lekarze nic nie mogli już zrobić, gdyż jak twierdzili przywieziono ją zbyt późno. Pogrzeb, w którym brały udział zaledwie cztery osoby, odbył się następnego dnia. Justyna w tym czasie znalazła schronienie u Jasi. Jej mąż stracił pracę i odszedł od niej, a później przystał do jakiejś przestępczej szajki. Ona sama była chora na gruźlicę, jej córeczka zaś traciła powoli wzrok.

X

Zenon powrócił do kraju i zatrzymał się w mieście. W ręce wpadła mu miejscowa gazeta, w której odnalazł swój artykuł. Na ulicy spotkał Justynę, która zdziwiła się, a zarazem wielce ucieszyła z jego powrotu. Opowiadała mu o śmierci matki i o swoim życiu. Widząc jej radość nie potrafił wyznać jej prawdy o swym związku z Elżbietą. Nie chcąc wystawać na ulicy zabrał ją do pokoju hotelowego, w którym się zatrzymał. Tutaj dał się ponieść emocjom wywołanym przez szczerą i ufną czułość Justyny i doszło między nimi do zbliżenia. Kiedy po jej odejściu zaczął analizować sytuację, doszedł do wniosku, że był to z jego strony przejaw “tęsknoty za kobietą”, której w żaden sposób opanować nie mógł. W Paryżu zresztą też miewał podobne przygody, które nie umniejszały w żaden sposób jego przywiązania do Elżbiety. Uważał zresztą, iż wystarczy mieć do tych zdarzeń “odpowiedni stosunek” i z tego powodu nie zakłócały one spokoju jego sumienia. Pomimo to, zły na samego siebie, wyszedł i udał się na spotkanie z Czechlińskim, piastującym już w tym czasie urząd starosty. Dostał od niego propozycję objęcia posady redaktora w miejscowym czasopiśmie “Niwa”. Następnie udał się na spotkanie z Elżbietą. W pierwszej chwili był rozczarowany jej widokiem, gdyż wyglądała nieco inaczej niż sobie ją przedstawiał w swych wyobrażeniach, ale ów stan szybko minął i oboje mogli do woli cieszyć się tym spotkaniem po długim rozstaniu.

XI

W następny poniedziałek w pokoju Zenona pojawiła się znów Justyna. Obiecał jej uprzednio, iż zwróci jej pieniądze, które pani Ziembiewiczowa była jeszcze winna jej zmarłej matce. Postanawiał sobie też tym razem wyznać całą prawdę i zakończyć ten romans, ale i tym razem uległ swemu instynktowi.

W redakcji odwiedziła go tego dnia hrabina Tczewska, która zwróciła się do niego z prośbą o zamieszczenie w gazecie programu i udzielenie poparcia dla cyklu wykładów “O istocie doświadczenia religijnego”, które towarzyszący jej ksiądz Czerlon, nowy proboszcz z Chązebnej, miał w najbliższym czasie wygłosić w nowym lokalu miejskiego Koła Pań.

XII

Dwa dni później pojawił się w redakcji pan hrabia Wojciech Tczewski, który po dość długiej rozmowie oznajmił, że przyszedł, aby prosić o artykuł w obronie młodej aktoreczki skrytykowanej ostatnio przez jakiegoś recenzenta teatralnego. Dla Zenona wizyta ta była uzupełnieniem wizji sytuacji, jaka panowała we dworze w Chązebnej.

W ogóle Ziembiewicz redagując gazetę kierował się wolą i interesami swego protektora Czechlińskiego, czując jednocześnie wokół siebie kostniejący schemat życia, którego zawsze się obawiał i którego pragnął uniknąć. Działo się to jednak wbrew jego woli i czuł swą bezradność. Podobnie było w dziedzinie uczuć. Miał narzeczoną, którą darzył uczuciem prawie pozbawionym pożądania cielesnego i kochankę, która panowała w sferze jego instynktów. Spotkania z Justyną były dla niego naturalną i nieuniknioną konsekwencją pierwszych jej odwiedzin w jego pokoju, kiedy nie mógł - w swoim mniemaniu - jej odepchnąć z powodu tragedii, która ją dotknęła.

Wreszcie zebrał pieniądze, które obiecał był jej oddać i po raz kolejny postanowił przerwać ten bezsensowny związek, jednak zanim zdążył jej cokolwiek wyjaśnić, Justyna wyznała mu, że spodziewa się dziecka. Był to dla niego duży wstrząs, gdyż takiej możliwości nie wziął pod uwagę w czasie rozważań nad swoim postępowaniem.

XIII

Pani Kolichowska nie podnosiła się już z łóżka. Jednak jeśli chodziło o sprawy dotyczące kamienicy, potrafiła wywierać na cierpliwie ją pielęgnującą siostrzenicę jeszcze większy wpływ niż niegdyś. Jedną ze spraw spornych pomiędzy schorowaną niewiastą a jej opiekunką było zwolnienie starego dozorcy Ignacego, któremu skleroza czy też choroba serca nie pozwalała już pracować oraz usunięcie go wraz z żoną z zajmowanego przez nich mieszkania. Te problemy, a także wspomnienie matki, która była tak odległa i wydawała się być osobą obcą, między innymi ze względu na nie kończące się związki z wieloma różnymi mężczyznami, których nie kochała-sprawiały że Elżbieta coraz bardziej ceniła Zenona. Dlatego też z niecierpliwością oczekiwała każdego spotkania z nim.

Zenon natomiast w tym czasie obserwował u siebie rozwijającą się umiejętność łatwego i płynnego przechodzenia w górę i w dół po całej skali “przeciwstawień “, umiejętność “stawania się w każdej chwili kimś innym”. W tym stanie, którego nie określał mianem hipokryzji, ale odczuwał jako coś niebezpiecznego jego “granica odporności moralnej odsuwała się niepostrzeżenie coraz dalej”. W redakcji odwiedzali go najróżniejsi ludzie, wśród których do stałych klientów należał pan Posztraski, który zamieszczał w gazecie swe wspomnienia myśliwskie oraz poezje, a którego Zenon nie potrafił się w żaden sposób pozbyć. Poznał tu też panią Olgierdową z Pieszni, hrabinę, bratową pani Wojciechowej. Owa drobna i już niemłoda kobieta była niegdyś rozmiłowana w “łowieniu mężczyzn” i potrafiła ich po kilku naraz utrzymywać przy sobie za pomocą jakiejś niewidzialnej sieci. U niej w gościnie Zenon spędził ostatnie trzy dni.

VIV

Wieczorem Ziembiewicz udał się do Elżbiety. W pewnym momencie wyznał jej, iż romans z Justyną się nie skończył i że spodziewa się ona dziecka. W tej chwili uświadomił sobie, że dokładnie tak samo za każdym razem podobne winy wyznawał jego ojciec swej małżonce, za każdym razem uzyskując przebaczenie. Elżbieta była wstrząśnięta, gdyż otarła się o to, co w całym toczącym się wokół niej życiu napawało ją wstrętem. Przez chwilę wydawało się jej, że przyczyna takiego postępowania jej narzeczonego leży w niej samej, w jakimś jej niedopatrzeniu czy wadzie. Przebaczyła mu. Tym razem już mu się nie opierała.

XV

Justyna przed kilkoma dniami odeszła z służby u pewnej ciężko chorej kobiety. Mąż jej dbał, by niczego małżonce nie brakowało, ale miał kochankę, u której przesiadywał wieczorami. Dwóch nieletnich synów również niechętnie przebywało w domu. Chora wciąż narzekała na usługi Justyny, ale w owych narzekaniach przejawiał się raczej żal skierowany do niewiernego męża niż pretensja do służącej.

Dziewczyna ponownie znalazła schronienie u Jasi Gołąbskiej, w suterenie kamienicy pani Kolichowskiej. Tego dnia spokój kamienicy zakłóciło przybycie Władziowej. Była to drobna, niezamężna kobieta, mająca siedmioletniego synka, bardzo żywa i energiczna, a poza tym uparta i do szaleństwa kochająca swe dziecko, którego ojciec - poznany kiedyś przypadkiem - nigdy nie zaprzątał poważnie jej uwagi. Fakt posiadania przez nią dziecka doprowadzał do tego, że nigdzie nie mogła się długo utrzymać na służbie, ponieważ zawsze chciała mieć synka blisko siebie, a to z kolei nie było mile widziane przez jej pracodawców. Właśnie po raz kolejny otrzymała wymówienie i przyszła do kamienicy, aby zamieszkać u matki chrzestnej swego Zbysiunia, jednej z lokatorek suteren, Wylamowej. Kobieta ta nie chciała jej wpuścić za próg swego mieszkania, ale upór Władziowej doprowadził ją do rezygnacji.

Elżbieta słysząc, że Bogutówna znajduje się w kamienicy, zapragnęła ją widzieć i wezwała ją do siebie pod pozorem przeprowadzenia niezbędnych formalności. Chciała się dowiedzieć przede wszystkim, czy Justyna kocha Zenona. Zaofiarowała jej też pomoc, której jednak dziewczyna nie chciała przyjąć. Była zaskoczona, że ktoś wie o jej romansie, a wstrząsem było dla niej, gdy dowiedziała się, że panna Biecka wie też o jej ciąży. Elżbieta doszła do przekonania, że Justyna nie zdaje sobie sprawy z tego, iż Zenon jest zaręczony. Postanowiła, że nie wyjdzie za niego, co też obiecała dziewczynie.

XVI

Po spotkaniu z Czechlińskim, który przybył właśnie z Pieszni razem z młodym Tczewskim i zaproponował Zenonowi jakiś wspólny i korzystny interes, u Ziembiewicza zjawiła się Justyna. Opisała mu przebieg dopiero co odbytej rozmowy z Elżbietą. Powtórzyła też słowa panny Bieckiej dotyczące ich małżeństwa. Wściekły, że sprawy przybrały taki obrót, szybko odprawił Justynę deklarując jednocześnie swą pomoc w przypadku, gdyby chciała się pozbyć dziecka i w pośpiechu zatelefonował do panny Bieckiej. Okazało się jednak, że właśnie wyjechała do Warszawy, aby spotkać się tam ze swą matką. Po niedługim czasie otrzymał też od niej list z zawiadomieniem o wyjeździe i stwierdzeniem, że “lepiej będzie, żeby się więcej nie widzieli”, gdyż Justyna “ma do niego prawo, którego Elżbieta jej nie odbierze”.

XVII

Podczas podróży pannie Bieckiej przypomniał się sen, który od czasów dzieciństwa dość często do niej powracał. Była to sielankowa wizja: jej matka, ojciec i ona, jako mała dziewczynka, siedzą wspólnie przy jednym stole w poczuciu bezpieczeństwa i spokoju. Ponieważ jej rodzice rozeszli się, kiedy miała roczek, sytuacja ta nigdy nie zaistniała i już zaistnieć nie mogła, gdyż ojciec zmarł dość dawno temu.

Do Warszawy dojechała wczesnym rankiem i zatrzymała się u pani Świętowskiej, kuzynki wuja Kolichowskiego. Po krótkim odpoczynku udała się w południe na spotkanie z matką, która przyjęła ją w swym apartamencie najbardziej ekskluzywnego w mieście hotelu. Niewieska rozmawiała z córką bardzo oficjalnie, a wkrótce przyłączyła się do nich pani Tczewska z Pieszni oraz jakiś młody, nie znany Elżbiecie mężczyzna. Ponownie spotkała się z matką wieczorem. Tym razem sam na sam. Były najpierw w teatrze, a następnie udały się do restauracji. Niewieska doradziła córce, aby zastanowiła się poważnie nad sprawą zerwania zaręczyn z Zenonem, gdyż bez względu na to, jaka była przyczyna tej decyzji, “z innym będzie to samo”.

XVIII

Przez prawie dwa miesiące Elżbieta przebywała w Warszawie i przekonywała się, że życie bez Zenona jest możliwe. Jednak podświadomie wciąż czekała na jego list. W końcu doszła do wniosku, że milczenie Ziembiewicza oznacza potwierdzenie jej decyzji. Cały ten czas spędzała na przemian to w towarzystwie pani Świętowskiej, to znów matki i jej adoratorów, wśród których znajdował się też Janek Sobosławski, ów młodzieniec, którego widziała przy swej matce w pierwszym dniu pobytu w Warszawie.

Pewnego dnia spotkała na ulicy Zenona i nie mogła się powstrzymać od radości na jego widok. On również był niezmiernie szczęśliwy i obiecał jej, że teraz już bez przeszkód się pobiorą. Ponieważ pani Niewieska pragnęła poznać młodzieńca, o którym słyszała tyle dobrych rzeczy od Tczewskiej, Elżbieta zabrała go ze sobą na spotkanie z matką. Oboje otrzymali zaproszenie na raut, w którym brał też udział pan Niewieski. Wbrew obawom Elżbiety Zenon czuł się w tym towarzystwie swobodnie. Okazało się, iż ma w tym towarzystwie wielu znajomych, zaś jego interesy z Czechlińskim również były znane ministrowi Niewieskiemu.

XIX

Jeszcze przed ślubem Zenon zwrócił się do Elżbiety z prośbą, aby poleciła Justynę panu Torucińskiemu, w którego sklepie zwalniała się właśnie posada ekspedientki. Dla panny Bieckiej był to ciężki obowiązek, jednak zgodziła się go spełnić mając pewną nadzieję, że na tym ich kontakty z Bogutówną się zakończą. Ziembiewicz jednak nie miał takich złudzeń, gdyż od pewnego czasu jego była kochanka coraz częściej zwracała się do niego o pomoc w bardzo błahych nieraz sprawach. Jednak ciężar tej sprawy rozłożony na niego i Elżbietę przestawał być uciążliwy i stawał się czymś “normalnym”.

Pani Kolichowska dowiedziawszy się o ślubie, który odsuwał od niej widmo wyjazdu Elżbiety za granicę, zaczęła darzyć Zenona nieco większą niż dotychczas sympatią. Panna Biecka otrzymała od niej i od swej matki wiele prezentów na nową drogę życia.

Tuż przed ślubem Zenon zawiózł narzeczoną do Boleborzy. Zgodnie z jego marzeniami przypadła ona do gustu jego rodzicom, którzy również wywarli na niej pozytywne wrażenie. W mieście przygotowywano dla Zenona opustoszały pałacyk, położony w parku na skraju miasta. Poza tym “na mocy wyższych decyzji” miał w grudniu objąć stanowisko prezydenta miasta. Korzystając z czasu, który pozostał jeszcze do tego wydarzenia, Zenon i Elżbieta wybrali się przez Wiedeń na południe Francji, gdzie, na zaproszenie pani Niewieskiej, spędzili w wynajętej przez nią willi bardzo szczęśliwy miesiąc. Po kilku dniach zresztą sama do nich dołączyła. Elżbieta zorientowała się tam z radością, że spodziewa się dziecka.

XX

Justyna zamieszkała na Chązebiańskim Przedmieściu u państwa Niestrzępów. Ponieważ zawsze chciała pracować w sklepie, zajęcie u Torucińskiego bardzo jej się spodobało i szybko nauczyła się obsługiwać klientów grzecznie i sprawnie, a robiła to z dużym zapałem. Jej pracodawca był z niej zadowolony. Jeszcze jesienią zmarła matka Jasi Gołąbskiej, pewnego zimowego wieczoru zaś po Justynę przyszedł Franek Borbocki, brat Jasi, z wiadomością, że jej mała córeczka również zmarła. Pogrzeb małej odbył się w trzy dni później. Prawie cztery miesiące później, na początku lata, zmarła na gruźlicę sama Jasia. Od czasu jej pogrzebu Justyna przestała odwiedzać cmentarz, na którym spoczywała również jej matka i w ogóle przestała wychodzić z domu. Chodziła tylko do pracy, jednak jesienią porzuciła pracę bez uprzedzenia pana Torucińskiego.

XXI

Późną jesienią powrócił w końcu do kraju Karol Wąbrowski, który wciąż - mimo przebytej kuracji - poruszał się z trudnością. Pierwszego dnia podczas obiadu u pani Kolichowskiej spotkał się z Elżbietą, która najchętniej opowiadała o swym czteromiesięcznym Walerianie. Pani Cecylia dowiedziała się między innymi od długo oczekiwanego jedynaka, że jej pierwszy mąż, Konstanty, doczekał się w czasie pobytu za granicą dziecka z kobietą, którą poznał jeszcze przed emigracją. Kobieta ta wraz ze swą córką nadal jak twierdził Karol - przebywała w Paryżu.

Po kilku dniach pani Kolichowska wybrała się z synem do Ziembiewiczów, gdzie zastała matkę Zenona, która po śmierci męża przyjechała do miasta. Rozmawiano o zmarłym panu Walerianie, którego, jak spostrzegł Zenon, pani Ziembiewiczowa przedstawia w swych opowiadaniach całkiem odmiennie niż to było w rzeczywistości. Rozmowa dotyczyła też osoby księdza Czerlona, który też kiedyś studiował na paryskiej Sorbonie, a w tym czasie, będąc proboszczem w Chązebnej, miał - jak mówiono - romans z hrabiną Tczewską.

W kilka tygodni później Zenon ponownie poprosił małżonkę o pomoc w umieszczeniu Justyny w cukierni Chązowicza, gdzie Elżbieta miała znajomą. Nie uważała ona tego za najlepsze rozwiązanie, ale w końcu, słysząc, że Bogutówna chce właśnie tam pracować, zgodziła się.

XXII

Tego roku imieniny pani Cecylii zgromadziły grono starszych kobiet, dość już jednak przerzedzone. Uczestniczyli też w przyjęciu Ziembiewiczowie z matką oraz Karol. Elżbieta usługiwała gościom jak za dawnych czasów, jednak tym razem już wszystkie starsze damy, które niegdyś tak niewiele na nią zwracały uwagi, traktowały ją z wielką uniżonością. Po powrocie do domu żona prezydenta miasta zastała Mariana Chąśbę. Był to młody człowiek, który mieszkał niegdyś w kamienicy pani Kolichowskiej. Jego matka, osoba “tęga i wesoła, ale zła” często biła swych synów, jednak on, w przeciwieństwie do swych braci, zawsze znosił karę w milczeniu. Pracował później w hucie, ale został stamtąd usunięty, czemu Elżbieta się nie dziwiła, gdyż pożyczał od niej wiele książek i znała jego zainteresowanie wydarzeniami 1905 roku. On sam wyzbył się po pewnym czasie dziecięcego idealizmu widząc, jak przywódcy ruchu robotniczego z tego okresu doszli na szczyty kariery pozostawiając robotników w poprzedniej nędzy i zapomnieniu. Potem pracował w “Niwie” u Czechlińskiego i Ziembiewicza. Jednak przez swe artykuły pisane podług woli i zaleceń poprzedniego redaktora naczelnego również został zwolniony przez Zenona, który zresztą nie darzył go nigdy sympatią. Tego dnia przyszedł, aby poprosić o wstawiennictwo w sprawie Franka Borbockiego, który właśnie przebywał w więzieniu, dokąd trafił między innymi przez brak pracy i “staczanie się” na margines społeczeństwa. Elżbieta dowiedziała się też, iż Franek kiedyś znał dobrze Bogutównę.

XXIII

Pani Żancia mieszkając wraz z synem i synową cieszyła się szczerze z ich szczęścia i nie mogła się nachwalić Elżbiety. Obserwowała z zadowoleniem, jak Zenon upodabnia się coraz bardziej do ojca. W tym czasie często polował i polowanie stawało się jego pasją, pozwalając mu równocześnie oderwać się od trudnych codziennych obowiązków.

Do Karola przybył pewnego razu w odwiedziny ksiądz Czerlon. Wizyta duchownego w kamienicy pani Kolichowskiej była rzeczą niespotykaną, gdyż schorowana niewiasta nigdy nie przyjmowała w swoim domu kapłanów, uważając ich wszystkich za nierobów i darmozjadów. Powitała też gościa z powściągliwą, chłodną uprzejmością. Nie towarzyszyła rozmowie syna z jego dawnym przyjacielem. Ksiądz Czerlon opowiedział swe dzieje od czasu ich rozstania.

Pracował wpierw w Grenoble jako konduktor tramwajowy. Później wyjechał do Liege, gdzie udało mu się dostać pracę w elektrowni. Ta praca była ciężka, ale młody, potężnie zbudowany i pełen sił mężczyzna nie narzekał, a nawet cieszył się zmęczeniem, którego zresztą szukał. Wszędzie, dokąd się udał, napotykał nędzę i cierpienie. Uciekał też przed swym lękiem, “strachem przed karą”. W końcu jednak zrozumiał, że nie potrafi przed tym uciec i musi się z tym uczuciem, jak zresztą każdy inny człowiek, pogodzić. Wtedy właśnie postanowił zostać kapłanem. Karol od samego początku znajomości znajdował się pod jego wpływem. Wielkie wrażenie wywierała na nim zarówno siła fizyczna, jak i duchowa tego człowieka. Obaj wdali się, jak za dawnych czasów, w dyskusję nad sensem cierpienia i życia na świecie. Rozmowę przerwało przybycie szofera pani Tczewskiej, który przyjechał po księdza Czerlona.

XXIV

Popularność Zenona wśród mieszkańców wciąż wzrastała. Wykazywał on wiele inicjatywy troszcząc się o rozwój miasta i rozpoczynając między innymi budowę domów robotniczych oraz tworząc nad rzeką ośrodek wypoczynku i rekreacji z boiskami i kortami tenisowymi. Jednak pojawiły się też i problemy. Między innymi rząd cofnął zagwarantowane wcześniej kwoty, które Zenon przeznaczał na budowę domów robotniczych i prace przy ich wznoszeniu stanęły.

Elżbieta zaczęła też dostrzegać, że małżonek w jej obecności jest zamyślony i milczący, a kiedy tylko pojawią się w pobliżu inne osoby zaczyna się zachowywać tak, jakby słowami i gestami chciał pokryć wewnętrzny niepokój, który zresztą, jak zauważyła Elżbieta, rzeczywiście go męczył. To zachowanie małżonka poważnie ją niepokoiło.

Na trzy miesiące przed tragicznym wypadkiem odbył się w pałacyku Ziembiewiczów wspaniały raut. Tego dnia Zenon wybrał się do Justyny, która niedawno porzuciła pracę w cukierni. Usiłował się dowiedzieć, co jej dolega i jakie są jej potrzeby. Ona jednak zachowywała się dziwnie sztywno. Dowiedział się jedynie, że często zdarza jej się płakać bez żadnej widocznej i uzasadnionej przyczyny. Wieczorem, gdy już został sam z Elżbietą, zaczęli rozmawiać o Justynie. Doszli do wniosku, że należy wysłać do niej lekarza. Psychiatra, doktor Lefeld, po wizycie u Bogutówny stwierdził, że nic jej właściwie nie jest, ale przydałoby się, gdyby nie pozostawała w takiej ciągłej samotności, a raczej przebywała przynajmniej trochę czasu z osobami bliskimi, które darzyłaby zaufaniem. Ziembiewiczowie jednak takich warunków nie mogli jej zapewnić gdyż wszyscy jej bliscy - matka i rodzina Gołąbskich - zmarli, ich własny zaś dom, gdzie mieszkała darząca ją kiedyś dużą sympatią pani Żancia, był dla niej niedostępny.

XXV

Na wiosnę pani Kolichowska, która przez ostatnich kilka miesięcy czuła się lepiej, powróciła do łóżka już na stałe. Elżbieta odwiedzała ją każdego dnia, Karol zaś pojawiał się teraz na każde wezwanie matki. Widziała, że lubił przy niej przebywać, choć się jej nie narzucał. Wiele czasu spędzili na wspólnych rozmowach o przeszłości. Wzajemnie wyjaśniali sobie wiele wydarzeń, własnych uczuć i zachowań. Wielką radość sprawiło pani Cecylii wyznanie syna, że zanim wyjechał za granicę, bardzo ją kochał, podziwiając a nawet uwielbiając jej urodę. Uczucie to było powodem jego wielkiej niechęci do drugiego jej męża, pana Kolichowskiego.

Pewnego wieczoru Karol zadzwonił do Elżbiety i poinformował ją, że pani Cecylia poczuła się nagle gorzej. Kiedy przyjechała, matka Karola była już nieprzytomna i w nocy zmarła. Rano pojawili się pani Żancia, ksiądz Czerlon oraz wielu innych ludzi, pragnących pożegnać zmarłą. Wieczorem, w czasie rozmowy z Karolem, Elżbieta wyznała, że od najmłodszych lat kochała ciotkę, ale wstydziła się swego przywiązania i nigdy tego nie powiedziała swej opiekunce, gdyż wymagałoby to opowiedzenia się po jej stronie, gdy była “niesprawiedliwa”, a w tej chwili dręczyły ją z tego powodu wyrzuty sumienia. Zrozumiała też dopiero teraz, że pani Kolichowska “nie mogła być inna, że to było zbyt trudno”.

XXVI

Tej nocy Justynę dręczyły koszmary. Po przebudzeniu zaczęła ją prześladować myśl o dziecku, którego była jedyną ostoją na tym świecie i jedyną nadzieją, które zabiła jeszcze przed jego narodzeniem. Myśl ta była coraz bardziej natarczywa. Przypomniał się jej też okres, kiedy przebywała u akuszerki, która dokonała zabiegu, po którym dziewczyna leżała w gorączce jeszcze przez dwa tygodnie.

Przyszedł Zenon, jednak nie rozmawiała z nim chętnie. Przestał ją interesować. Przez ostatnie dni odwiedzał ją nieco częściej. Bywał też u niej lekarz, jednak ona pragnęła, aby wszyscy dali jej spokój i większą część czasu spędzała nie podnosząc się z łóżka. Następnego wieczoru po wizycie Ziembiewicza, została poproszona na kolację przez Niestrzępową, która bardzo się niepokoiła stanem swej lokatorki. Był u niej człowiek o nazwisku Podebrak, młody jeszcze, ale już całkiem prawie siwy. Dość często był gościem Niestrzępów, których był zięciem. Justyna nie lubiła go, a jej niechęć powiększyła się znacznie gdy dowiedziała się, że ów człowiek zastał kiedyś jakiegoś mężczyznę, który był w pokoju z jego żoną i w przypływie szału zastrzelił go i swą małżonkę. Później okazało się, że zabity mężczyzna oczekiwał na niego i nie miał żadnych zdrożnych zamiarów względem jego żony. Niestrzępowie często wspólnie z nim wspominali swą tragicznie zmarłą córkę i bynajmniej nie darzyli nieszczęśliwego zięcia nienawiścią.

Zenon dowiedział się od Niestrzępowej, że Justyna coraz bardziej się zmienia, a w ciągu dnia nieraz przepada na kilka godzin. Tego wieczoru powracając od niej miał jeszcze wstąpić do budynku magistratu, jednak miał z tym trudności, gdyż drogę tarasował tłum. Udało mu się jednak tam dostać bocznym wejściem i zdążył się schronić tuż przed nadciągającą grupą robotników. Oczekiwał już na niego starosta Czechliński.

XXVII

Tego samego wieczoru policja otworzyła ogień do robotników. Przez kilka dni następowały aresztowania. Wśród aresztowanych znalazł się też Marian Chąśba, a Franek Borbocki, ciężko ranny w czasie manifestacji, zmarł w szpitalu. Miejscowe gazety utrzymywały, że pierwszy strzał padł z tłumu. Pewnego dnia Zenon dowiedział się od doktora Lefelda, że Justyna próbowała popełnić samobójstwo. Będąc u niej usłyszał oskarżenie, że on jest winny jej stanu, jego wina zaś leży przede wszystkim w tym, że dał jej pieniądze na zabieg. Po raz kolejny też, bardzo wyraźnie, usłyszał groźbę. Dziewczyna twierdziła, że prześladuje ją myśl, aby zabić swego byłego kochanka. Po powrocie do domu zastał Elżbietę zamyśloną nad tekstem ulotek, które w ostatnich dniach często były do ich domu podrzucane. Pisemka, w których pisano między innymi o tym, iż “zamyka się ludzi za karę, że się włóczą, że żebrzą. Za karę, że są bezrobotni, że są głodni. Bo ich życie jest winą”.

Do wieczora nie opuszczały go ponure i bardzo męczące myśli. Przede wszystkim dotyczyły one Justyny. Kiedy wrócił do sypialni oznajmił żonie o próbie popełnienia samobójstwa przez Justynę i równocześnie zarzucił Elżbiecie, że nie byłoby tych wszystkich kłopotów, gdyby ona kiedyś nie wtrąciła się do całej sprawy bez porozumienia z nim. Chodziło mu oczywiście o ową pamiętną rozmowę, którą Elżbieta odbyła z Justyną. Twierdził też, że ich związek wyrósł “na jej (Justyny) zniszczeniu”.

Zakończenie

Justyna dostała się do gabinetu Zenona i oblała jego twarz kwasem solnym. Krzyk w gabinecie zaalarmował urzędników. Woźny powstrzymał dziewczynę, która próbowała wyskoczyć przez okno. Okazało się, że Ziembiewicz nie odzyska wzroku. W czasie śledztwa poszukiwano początkowo powiązań przestępczyni z ruchem robotniczym ale po jakimś czasie, po zeznaniach pielęgniarki opiekującej się ostatnio dziewczyną z polecenia prezydenta oraz doktora Lefelda, sprawa nieco przycichła. W niecały tydzień po powrocie ze szpitala do domu Zenon zastrzelił się. Po jego śmierci Elżbieta wyjechała za granicę. Jej synem zaopiekowała się pani Ziembiewiczowa, która zamieszkała u Karola Wąbrowskiego w dawnym mieszkaniu pani Kolichowskiej.

Rozdział I

Porwanie

Jest wczesny wtorkowy ranek. Józef budzi się przepełniony “lękiem nieistnienia” i “nierzeczywistości”. Miał przed chwilą koszmarny sen: śniło mu się, że poszczególne części jego ciała wzajemnie się z siebie naśmiewają- niektóre bowiem należą do chłopca, jakim był mając piętnaście lat, inne zaś należą do mężczyzny, jakim jest obecnie. Sen ten jest odbiciem rzeczywistej świadomości bohatera, który czuje wewnętrzne rozdarcie między sobą jako człowiekiem dojrzałym, a sobą jako niepoważnym i niedojrzałym jeszcze chłopcem. Przez długi czas słyszał od swoich ciotek, że powinien się wreszcie określić przyjąć jakąś wyraźną rolę w społeczeństwie i wejść w dorosłe życie. Nigdy jednak nie potrafił tego uczynić. Chcąc zachować pozory dojrzałości napisał książkę, ale ona również była wyrazem niedojrzałości (taki charakter miał nawet jej tytuł - “Pamiętnik z okresu dojrzewania”. Snując wspomnienia i analizując napotykaną wkoło siebie rzeczywistość dochodzi do wniosku, że jest otoczony przez krytykujący jego niedojrzałość “gmin półinteligentów”, których nienawidzi i od których ucieka do niższych sfer, dając w ten sposób dowód swej niedojrzałości. Użala się również na swą niemożność zajmowania się we własnej twórczości sprawami podniosłymi i “wielkimi”, co powoduje, że pisze właśnie na temat spraw niskich. Objawiająca się w ten sposób niedojrzałość bohatera jest ciągle krytykowana przez tych, którzy uważają, że są rzeczywiście dojrzali. Józef postanawia więc zerwać ze swą niedojrzałością i wyzwolić w sobie dojrzałość, jednak jego rozmyślania przerywa nagłe pojawienie się w pokoju zjawy - bliźniaczego obrazu bohatera. Bohater jednak nie chce zaakceptować swej postaci i przepędza ją, poszukując dla siebie innej formy istnienia. Jakby w odpowiedzi na to pojawia się znienacka Pimko, który spostrzega rozpoczęty brulion nowej książki Józefa i zaczyna czytać. Jego belferski sposób traktowania wywołuje w Józefie paniczne przerażenie i równocześnie paraliżuje jego wolę. Bohater próbuje bronić swej twórczości przed zjadliwą krytyką, jednak odpytywany po szkolnemu przez Pimkę czuje się tak, jakby ponownie zasiadł w szkolnej ławce. Nie jest przez to w stanie sprzeciwić się belfrowi, który decyduje o umieszczeniu Józia w szóstej klasie szkoły dyrektora Piórkowskiego. Po drodze na Pimkę napada mały piesek i targa mu zębami nogawkę. Belfer “ocenia ujemnie psa” i podąża ze swym “więźniem” dalej.

Rozdział II

Uwięzienie i dalsze zdrabnianie

Czując się jak młody chłopiec i tak też przez Pimkę traktowany, Józio dociera do szkoły. Trwa właśnie długa przerwa i chłopcy znajdują się na szkolnym podwórzu, za płotem zaś stoją obserwujące ich bacznie matki i ciotki. Młodzież posługuje się dziwnym językiem mieszaniną archaizmów wziętych z XVII-wiecznej polszczyzny (np. “białogłowa”, “podwika”) oraz polskimi wyrazami, które posiadają łacińskie końcówki (np. “kolegus”, “lekcjus polskus”). W rozmowie z jednym z pilnujących młodzieży belfrów Pimko odkrywa swój zamiar podwyższenia “poziomu” naiwności wśród chłopców poprzez danie im do zrozumienia, że nie wierzy, aby mogli w jakikolwiek sposób wykraczać przeciw dobrym obyczajom i dobremu wychowaniu. Wprowadza następnie swój zamiar w czyn i osiąga cel. Józio - znając zamysły Pimki - próbuje powstrzymać kolegów i zwrócić im uwagę, że przez swój bunt (sprzeciwem młodzieży wobec chęci “upupienia” jej przez starszych jest przede wszystkim używanie wulgarnych wyrażeń) tylko pogrążają się bardziej w naiwności, ale nikt go nie słucha. Jedynym, który przyznaje się, że jest “nieuświadomiony” i staje w obronie pojęcia niewinności jest Syfon. Jego wystąpienie jednak zostaje ostro skrytykowane przez Miętusa i jego zwolenników. Dochodzi do bójki między przywódcami obu ugrupowań i ich zwolennikami. Początkowo górą są liczniejsi zwolennicy Miętusa, jednak szalę zwycięstwa przechyla “Marsz Sokołów”, śpiewany przez Syfona. Pieśń porywa większość chłopców, zaś przeciwnicy Syfom wycofują się. Miętus z garstką swych zwolenników postanawia siłą “uświadomić” Syfona.

Zaczyna się lekcja. Bladaczka - nauczyciel języka polskiego - próbuje odpytywać z zadanej lekcji, ale okazuje się, że przygotowany jest tylko Syfon, który deklaruje, iż odpowiadać może wyłącznie przed wizytatorem (przeprowadzającym właśnie w szkole kontrolę). Nie mogąc pokonać oporu uczniów nauczyciel zaczyna im wbijać do głowy, że powinni cenić Słowackiego i zachwycać się jego twórczością, gdyż twórca ten “wielkim poetą był”. Gałkiewicz próbuje się sprzeciwiać, twierdząc, że nic nie rozumie z poezji Słowackiego. Nad klasą zawisa groźba “niemożności”. Wystraszony tym nauczyciel wzywa Syfona, aby udowodnił wielkość Słowackiego. Trwająca kwadrans recytacja łamie w końcu opór Gałkiewicza, jednak pozostali uczniowie tracą całkowicie zainteresowanie lekcją. Józio pragnie uciec ze szkoły, jednak opanowuje go “niemożność” i nie rusza się ze swego miejsca. Zrozumiał, że zgromadzeni w klasie chłopcy przybrali maskę - sztuczną formę, która nie pozwala im uciec ze szkoły. Ponadto nowa forma tak bardzo była zespolona z ich osobowością, że uciekając przed szkołą musieliby uciekać przed sobą, a tego uczynić się nie da.
Rozdział III

Przyłapanie i dalsze miętoszenie

Lekcję przerywa dzwonek. Nauczyciel wychodzi, zaś uczniowie podejmują z zapałem dyskusję na temat niewinności. Józio obserwując ich z boku i przysłuchując się dyspucie dostrzega, że koledzy żyją w oderwaniu od rzeczywistości, że żyją w sztucznym świecie tworzonym przez szkołę i sami stają się tak samo sztuczni w swoim zachowaniu i myśleniu. Bohater dostrzega też, że Miętus z Myzdralem przygotowują się do “gwałtu” na Syfonie - mają zamiar na siłę go “uświadomić”. Józio, aby temu zapobiec, próbuje po kryjomu porozumieć się z obojętnym na wszystko Kopyrdą, ale ten nie okazuje zainteresowania. Natomiast Miętusowi udało się podsłuchać rozmowę Józia z Kopyrdą. Miętus okazuje gwałtownie swe niezadowolenie z próby przeszkodzenia mu w realizacji planów. Józio próbuje go skłonić do odstąpienia od zamiarów i proponuje wspólną ucieczkę, przedstawiając koledze wizję swobodnego życia wśród parobków. Na moment Miętus zrzuca maskę buntownika i staje się normalnym, sentymentalnym nieco chłopcem, jednak spostrzegają to Syfon i jego zwolennicy i zarzucają Miętusowi zdradę propagowanych ideałów. Miętus wzywa Syfona do podjęcia pojedynku na miny. Józio zostaje powołany na superarbitra pojedynku. Obaj przeciwnicy dobierają sobie też po dwóch sekundantów. Przerwa dobiega końca a do klasy wchodzi stary nauczyciel języka łacińskiego i zaczyna odpytywać z zadanej lekcji - tłumaczenia fragmentu pamiętników Juliusza Cezara. Okazuje się, że nikt oprócz Syfona nie jest przygotowany. Nauczyciel nie może zrozumieć postawy uczniów. Gałkiewicz deklaruje swą niemożność dostrzeżenia w tekstach antycznych jakichkolwiek wartości. Ten fakt również jest dla nauczyciela niezrozumiały. Chcąc ratować sytuację wywołuje do odpowiedzi Syfona, który gładko recytuje tłumaczenie. Po dzwonku Syfon 1 Miętus stają naprzeciw siebie i zaczynają pojedynek na miny. Syfon początkowo zamierza się wycofać, jednak Pyzo przypomina mu o jego zasadach, które pomogą mu toczyć walkę z Miętusem nie posiadającym żadnych zasad. Zgodnie z ustaleniami Syfon ma prezentować miny “budujące i piękne”, Miętus zaś ma odpowiadać minami “burzącymi i szpetnymi”. W pewnej chwili Syfon staje w majestatycznej pozie z palcem wskazującym w niebo. Miętus próbuje parodiować i ośmieszać tę “minę” na wszelkie możliwe sposoby, ale nie może wyprowadzić przeciwnika z równowagi. W pewnym momencie rzuca się więc na niego i przewraca na ziemię, siedząc zaś na jego piersi zaczyna szeptem “uświadamiać” Syfona. Ten próbuje się na wszelkie sposoby wykręcić i głośno krzyczy, aby nie słyszeć szatańskich podszeptów, jednak Miętus ma zbyt wielką przewagę. Scenę przerywa pojawienie się w klasie niewzruszonego Pimki.

Rozdział IV

Przedmowa do “Fildora dzieckiem podszytego”

Bohater oznajmia czytelnikowi, że ma zamiar włączyć w powieść dygresję, która choć pozornie bez związku - jednak ma być nieodłączną i logiczną częścią konstrukcji książki. Autor broni swego prawa do “zapełniania miejsca” w książce pozornie niezbyt związanym z treścią całej powieści wtrąceniem. Od tej obrony przechodzi do ataku wobec krytyków którzy na takie zabiegi patrzą krzywym okiem, jako na niegodne prawdziwego pisarza. Bohater jednak zdaje sobie sprawę z tego, że odbiorca czyta książkę w przerwach pomiędzy innymi czynnościami i nie pyta “fachowców” typu Pimki o jej konstrukcję ani się takiej konstrukcji nie doszukuje. Odbiór powieści jest zatem również fragmentaryczny i pewna swobodna - choć nie pozbawiona całkiem związków logicznych - kompozycja z pewnością nie obniży jakości odbioru przekazywanej treści. Autor zajmuje się zagadnieniem formy, która niejako zniewala pisarza, gdyż z myśli będącej początkiem całego dzieła, wynika już samoczynnie cała reszta i twórca musi się temu następstwu podporządkować. Całość jednak nie jest możliwa do schematycznego określenia, które nie jest niczym innym, jak tylko uproszczeniem. Zatem od tonu pierwszych zdań będzie zależało, czy powstające dzieło będzie miało brzmienie heroiczne, tragiczne czy też komediowe i pisarz tej właśnie logice jest podporządkowany. W dalszej części wywodów autor wyszydza głupotę i zarozumiałość “artystów”, którzy pozują na geniuszy i podejmują się pełnienia zaszczytnej funkcji “kapłanów sztuki”, wykraczając tymi wygórowanymi ambicjami daleko poza swoje przyrodzone zdolności. Wielu z tychże artystów stawia się w ten sposób w fałszywej sytuacji, gdyż właściwie nie wnoszą do sztuki niczego wartościowego, a jedynie nieudolnie naśladują prawdziwych geniuszy. Bohater zastanawia się też nad funkcją mitu w powstawaniu “wielkości” dzieła i artysty. Często bowiem podczas zbiorowego odbioru dzieł sztuki (np. podczas słuchania koncertu fortepianowego) pozory uniesienia i zachwytu dziełem artystycznym są tworzone przez udawanie zachwytu, które wpływa na innych i wywołuje podobne reakcje niezależnie od tego, czy wyrażane są w ten sposób prawdziwe przeżycia. Autor zarzuca też artystom, że sztuka co prawda “polega na doskonaleniu formy”, ale nie opiera się jednak “na stwarzaniu dzieł doskonałych pod względem formy”. Jest tak tym bardziej dlatego, że forma towarzyszy człowiekowi w każdej chwili i nie tylko jest przez niego tworzona, ale również oddziałuje na niego z zewnątrz i zmusza do przybierania pewnych postaw, które nie zawsze wyrażają dokładnie jego wnętrze. Artyści zatem - według bohatera - powinni próbować przezwyciężać formę, która jest im narzucana przez zewnętrzne okoliczności i muszą zarazem porzucić swą pozorną “dojrzałość”, którą się szczycą przed odbiorcami swej twórczości, gdyż owa “dojrzałość” jest pewnego rodzaju stałością poglądów i przekonań, żaden zaś człowiek nie może być w sposób całkowity pozbawiony wszelkich wątpliwości.

Rozdział V

“Fildor dzieckiem podszyty”

Pewnego razu w hotelu “Bristol” w Warszawie spotkało się dwóch zagorzałych wrogów: “dr prof. Syntetologii uniwersytetu w Leydzie, wyższy synteta Filidor, rodem z południowych okolic Annamu” oraz anty-Filidor-prof. dr Momsen, “znakomity Analityk”, profesor “Wyższej Analizy”, “mężczyzna suchy, drobny, gładko wygolony, z twarzą sceptyka w okularach i jedyną misją wewnętrzną ścigania i pognębienia znakomitego Filidora”. Anty-Filidor specjalizował się w rozkładzie osób na części i - goniąc Filidora podróżował po Europie wraz z Florą Gente z Mesyny. Filidor - nie chcąc być gorszy również poszukiwał swego przeciwnika po całym kontynencie. Przypadek sprawił, że obaj znaleźli się w jednym czasie w tym samym miejscu. Świadkami ich spotkania byli warszawscy “asystenci, doktorowie Teofil Poklewski, Teodor Roklewski” oraz narrator tej wtrąconej opowieści - Antoni Świstak. Pierwsze starcie - dyskusja, w której z jednej strony miała miejsce próba syntetycznego ujęcia kluski, z drugiej zaś próba jej rozkładu - zakończyła się klęską analityka. Jednak szybko zaatakował on podstępnie przeciwnika, dokonując w podobny sposób analizy pani Filidor. Profesor odwiózł natychmiast swą żonę do szpitala, jednak następnego ranka stan szacownej niewiasty pogorszył się - była u progu całkowitego rozpadu osobowości i poczucia jedności własnego ciała. Asystenci Filidora wraz z docentem Łopatkinem, wezwanym prosto z Moskwy, zaczęli poszukiwać metod naukowej syntezy mogących uratować profesorową. Filidor wpadł na pomysł, że sposobem mogłoby być uderzenie przeciwnika w policzek. Kiedy jednak wieczorem odnalazł wreszcie w jednym z barów anty-Filidora, okazało się, że analityk nie ma policzków, gdyż wytatuował sobie na nich różyczki i gołąbki. Filidor zwołał zatem na miejscu konferencję, w której wzięli udział trzej jego asystenci oraz docent Łopatkin. Profesor odrzucił propozycję zignorowania całej sprawy, gdyż chciał za wszelką cenę uratować żonę przed rozkładem. Doszedł do wniosku, że w zaistniałej sytuacji trzeba sprowokować anty-Filidora, aby spoliczkował Filidora, środkiem do tego zaś będzie “zsyntetyzowanie” jego kochanki - Flory Gente. Natychmiast też zabrał się do dzieła, gdyż Flora Gente nie odeszła razem z anty-Filidorem. Profesor próbował rozmawiać z nią na najróżniejsze tematy i doprowadzić ją do syntezy, jednak Flora była zbyt przebiegłą analityczką, aby dać się w ten sposób złapać, za odczytywanie rozmaitych utworów traktujących o miłości kazała sobie płacić sumy od pięciu do pięćdziesięciu złotych. Dalsze wysiłki profesora również nie przyniosły rezultatu. Na kolejnej konferencji Filidor wpadł na pomysł, żeby Florę zsyntetyzować pieniędzmi. Sprzedał zatem dwie kamienice oraz swą podmiejską willę, a uzyskane 850 000 złotych zamienił na złotówki i zaprosił anty-Fildora na spotkanie w gabinecie restauracji “Alkazar”. Tam wyłożył przed Florą na stół całą sumę wyciągając po jednej złotówce. Kochanka anty-Filidora nie była w stanie objąć ilości części składających się na tę całość i zaczęła myśleć syntetycznie. Anty-Filidor, widząc to, spoliczkował przeciwnika, czym dał powód do pojedynku.

Sekundantami syntetyka zostają doc. Łopatkin i Antoni Świstak, analityka zaś - doktorzy medycyny Poklewski i Roklewski. Do starcia miało dojść we wtorek o godzinie siódmej rano. Wcześniejsze odwiedziny w szpitalu udowodniły skuteczność sposobu, gdyż pani Filidor zaczęła powracać do normalnego stanu. Filidor był też przekonany, że jest obojętne, który z przeciwników zginie, gdyż “nie idzie o śmierć samą, lecz o jakość śmierci, a jakość śmierci będzie syntetyczna”. Doszło do pojedynku. Obaj profesorowie mieli do siebie strzelać z pistoletów. Wszystko odbywało się według prawa symetrii: każdy ruch Filidora był powtarzany przez jego przeciwnika. Filidor jednak chybił swoim pierwszym strzałem, choć mierzył prosto w serce anty-Filidora. Jego przeciwnik również chybił, ale odstrzelił żonie Filidora mały palec. Syntetyk skrępowany prawem symetrii strzelił i trafił w mały palec Flory. Strzał za strzałem wrogowie pozbawiali asystujące pojedynkowi niewiasty kolejnych części ciała. Ostatnie strzały (brakło naboi) przebiły szczyt prawego płuca obu pań. Flora i pani Filidor padły martwe, profesorowie zaś rozeszli się w różne strony “i tak wędrowali po świecie celując, czym się dało, w co się dało”. W ten sposób obaj profesorowie zdziecinnieli. Od tej pory największą ich radością było gonić za dziecięcym balonikiem po polach i lasach, patrząc, kiedy pęknie on z trzaskiem.

Rozdział VI

Uwiedzenie i dalsze zapędzanie w młodość

Podczas gwałtu, którego dopuszcza się Miętus na Syfonie pojawia się nagle w klasie Pimko i jakby nie zauważając tego, co się dzieje, wmawia uczniom, że grzecznie bawią się piłką. Następnie zabiera Józia, aby umieścić go w domu Młodziaków, którzy mają chłopca nauczyć “naturalności”. Po drodze belfer wyjaśnia, że córka gospodarzy jest “nowoczesną pensjonarką”, która ma nowego lokatora “wciągnąć w młodość”. Drzwi otwiera Zuta, która informuje gości, że matki nie ma w domu, ale niebawem powinna wrócić. Potem pensjonarka przestaje zwracać na nich uwagę. Pimko wraz z Józiem oczekuje przybycia pani Młodziakowej. Belfer próbuje nawiązać z dziewczyną rozmowę, a po bezskutecznych próbach zaczyna nucić jakąś arię operową, dając pannie do zrozumienia, że jest wobec niego niegrzeczna. Przez cały ten czas, ale także i później - podczas rozmowy z Młodziakową, która wkrótce się pojawiła - Pimko robi z Józia staroświeckiego chłopca, który próbuje pozować na dorosłego. Każde słowo belfra coraz bardziej pogrąża młodzieńca, który musi udawać, że nie słyszy całej rozmowy, a jest każdym słowem nauczyciela “wpychany” w sztuczność i zmuszony do udawania. Nie jest mu też w stanie pomóc świadomość intrygi, którą uknuł przeciw niemu nauczyciel. Gospodyni nie lubi sztuczności, dlatego też obiecuje, że postara się, aby oduczyć Józia przybierania póz. W pewnym momencie Zuta znienacka kopie Józia. Belfer dostrzega to i wyrzeka na “dzikość, śmiałość, tupet powojennego rozpasanego pokolenia”, jednak Młodziakowa tłumaczy, że to pokolenie po prostu żyje według innych zasad właściwych nowym czasom. Pimko żegna się i wychodzi, gospodyni zaś pokazuje Józiowi jego nowe mieszkanie-malutki, ale niezbyt przytulny, “nowoczesny” pokoik przylegający do hallu, będącego zarazem pokojem Młodziakówny. Potem znika, pozostawiając lokatora samego. Była to “samotność z pensjonarką”, gdyż w hallu krzątała się Zuta.

Rozdział VII

Miłość

Chcąc pokazać, że nie jest staromodny i zaprzeczyć w ten sposób opinii Pimki, Józio próbuje nawiązać z Młodziakówną rozmowę. Przestaje się liczyć dla niego Pimko, Miętus, szkoła i dorosłość, której jeszcze niedawno za nic by się nie wyrzekł, chce udowodnić, że również jest “nowowczesny”. Korzystając z okazji, że zadzwoniła do niej koleżanka, inna “nowoczesna pensjonarka”, młodzieniec swobodnie wchodzi do przedpokoju, gdzie znajduje się telefon i bez słowa czeka na zakończenie rozmowy. Próbuje w ten sposób uzyskać jej akceptację. Młodziakówna przerywa na chwilę rozmowę, ale traktuje lokatora obojętnie. Józio powraca zatem do siebie, po chwili podejmuje kolejną próbę udowodnienia, że nie jest pełnym sztuczności pozerem. Wchodzi do hallu pogrążonego w mroku zapadającego właśnie zmierzchu i zatrzymuje się bez słowa w pobliżu czyszczącej właśnie buty Młodziakówny. Przez moment zaskoczona dziewczyna jest niepewna, jak ma traktować gościa i jest o krok od okazania mu sympatii, jednak po chwili przybiera obojętny ton chłodnej grzeczności i pytaniem “Czym mogę służyć?” zmusza Józia do wycofania się. Jednak powraca po niedługim czasie do pokoju pensjonarki, która tym razem zarzuca mu złe wychowanie. Józio czuje, że nie może pozwolić jej wyjść z takim przeświadczeniem dotyczącym jego osoby i bez słowa posuwa się krok w krok za nią. Dziewczyna cofa się przed nim i zaczyna okazywać strach. Scenę przerywa niespodziewane pojawienie się Miętusa, który przyszedł odwiedzić kolegę w jego nowym mieszkaniu. Gość swymi minami, które pozostały mu po pojedynku z Syfonem, usiłuje dopuścić się gwałtu na służącej. Chwilę później jednak wkracza do pokoju Młodziakówny i od razu zwraca uwagę na nową “gębę” kolegi. Józio zabiera gościa do swego pokoju, gdzie ze łzami w oczach opowiada o swej miłości do pensjonarki i wszystkich zajściach tego popołudnia. Zwierza się też, że ma trzydzieści lat i pragnie pozbyć się “gęby” przyprawionej przez Młodziakównę. Miętus jednak nie wierzy zapewnieniom Józia dotyczącym jego wieku. Informuje go też że za pensjonarką ugania się już inny “nowoczesny” kawaler - Kopyrda. Gość wychodzi, zamierzając jeszcze przejść przez kuchnię, gdzie przebywa służąca Młodziaków, która wzbudziła zainteresowanie Miętusa między innymi tym, że pochodzi “z ludu”.

Rozdział VIII

Kompot

Od następnego rana zaczął się dla Józia czas wiejącej nudą monotonii szkolnej: rano chodził do szkoły, a potem wracał na obiad do Młodziaków. Doszedł do wniosku, że pragnąc zbliżyć się do córki swych gospodarzy, łatwiej osiągnie swój cel będąc uczniem niż trwając przy swej dorosłości. Dał się zatem szkole pochłonąć do tego stopnia że nawet nauczyciele i dyrektor polubili go. Józio próbował równocześnie nawiązać bliższe stosunki z Kopyrdą i wydobyć sekret jego relacji z Młodziakówną, jednak ten ignorował nowego kolegę i odnosił się do niego z większym jeszcze lekceważeniem niż do innych. W międzyczasie Syfon, nie mogąc zapomnieć o uświadamiających słowach wypowiedzianych przez Miętusa pamiętnego dnia, powiesił się. Poza tym nic nie zakłóciło monotonii Józiowego życia. Aż do pewnego obiadu, który bohater jadł - jak zwykle wraz z Młodziakami. Pani Młodziakowa przez cały czas starała się okazywać swą “nowoczesność” i miała dużą satysfakcję z wyszukiwania kontrastów pomiędzy swoimi “powojennymi” poglądami a postawami swego “staromodnego” lokatora (w takiej opinii o Józiu utwierdzał ją przede wszystkim Pimko odwiedzający od czasu do czasu dom Młodziaków). Tego dnia gospodyni wspomniała o chłopcu, który odprowadzał ich córkę i aby okazać, że nie ma zamiaru w niczym krępować swej córki, posunęła się aż do namawiania jej na romans z rówieśnikiem, nie wykluczając możliwości urodzenia przez Młodziakównę nieślubnego dziecka. Posuwając się coraz dalej w demonstracji liberalizmu swych poglądów matka i ojciec przekonywali córkę, że nie mają nic przeciwko temu, aby Młodziakówna postarała się o nieślubne dziecko, gdyż przecież taki jest styl życia znanej z nowoczesności młodzieży amerykańskiej. Wtrącone w pewnym momencie przez Józia słowo “mamusia” wypowiedziane słodkim i ciepłym tonem wytrąciło z równowagi inżyniera, który zaczął znienacka chichotać. Matka i córka poczuły się dotknięte. Młodziakowa zaczęła się od tego momentu obawiać, że Józio może wywierać poważniejszy wpływ na psychikę i sposób myślenia pensjonarki, obawa ta przywróciła młodzieńcowi zdolność oporu wobec ciągłego “upupiania” go przez Młodziaków i Pimkę, jego czyny i myśli wyostrzyły się, mógł zniszczyć wreszcie nowoczesność pensjonarki. Mógł działać.

Rozdział IX

Podglądanie i dalsze zapuszczanie się w nowoczesność

Józio zastanawia się, w jaki sposób mógłby skazić “styl nowoczesny” Młodziakówny, aby tym samym uwolnić się “spod magii pensjonarskiej”. Dochodzi do wniosku, że najlepszym sposobem będzie podglądanie córki gospodarzy przez dziurkę od klucza. Przed przystąpieniem do realizacji swego planu wychodzi na chwilę przed dom i daje siedzącemu na ulicy żebrakowi 50 groszy w zamian za to, że będzie on do wieczora trzymał w zębach zerwaną z drzewa gałązkę. Po powrocie do pokoju Józio obserwuje uważnie pannę, próbując przyłapać ją na zachowaniu, które do jej nowoczesności nie pasuje. Początkowo Młodziakówna odrabia lekcje i nie okazuje w żaden sposób tego, że wie, iż jest podglądana. Jednak odgłos przełknięcia śliny, który dobiega z sąsiedniego pokoju, wytrąca ją z równowagi. Po kilku minutach, dając Józiowi do zrozumienia, że jest jej obojętne, czy ktoś ją obserwuje, czy też nie, pociąga głośno nosem. Podglądacz odpowiada zza drzwi w podobny sposób. Dalsze zabiegi przerywa nagłe wkroczenie do pokoju Józia pani Młodziakowej, która widziała rozmowę chłopca z żebrakiem i wiąże oba fakty z przygotowywanym zamachem na niezależność i nowoczesność jej córki. Józio jednak do niczego się nie przyznaje. Panna korzysta z okazji i wychodzi do miasta. Inżynierowa również wychodzi, spiesząc na zebranie swego komitetu. Bohater zostaje w domu sam i postanawia zwiedzić sypialnię Młodziaków. Aby skazić nowoczesność tego pomieszczenia, tańczy dookoła znajdujących się tam sprzętów, po czym udaje się do hallu. Tutaj spostrzega, że w “tenisowym pantoflu” znajduje się goździk. Po chwili namysłu wrzuca do tego pantofla muchę pozbawioną uprzednio nóg i skrzydeł. Potem przegląda korespondencję dziewczyny. Znajduje wiele mniej lub bardziej wulgarnych listów napisanych przez studentów i uczniów, ale jest tam też wiele kart zapisanych przez dorosłych mężczyzn, z których każdy starał się pensjonarce przypodobać przez zwracanie uwagi na własną “chłopięcość”. Najbardziej jednak zainteresował Józia list od Pimki. Belfer nie mogąc znieść śmiało przez Młodziakównę manifestowanej niewiedzy dotyczącej Norwida i jego poezji wzywa pannę na najbliższy piątek do siebie, aby uzupełnić te rażące luki w jej wykształceniu. Józio wyraźnie widzi, że jest to tylko wybieg ze strony belfra, który innym sposobem nie może znaleźć dojścia do Młodziakówy i uzależnić jej od siebie. Chwilę później bohaterowi wpada jeszcze zwięzły liścik od Kopyrdy, w którym ten nowoczesny chłopiec bez skrępowania proponuje pensjonarce spotkanie w całkiem jednoznacznym celu. Józio - naśladując pismo Młodziakówny - pisze do Pimki i Kopyrdy jednobrzmiącą wiadomość: “Jutro, w czwartek. 0 12-ej w nocy zastukaj do okna z werandy, wpuszczę. Z.”. W ten sposób bohater chce ośmieszyć zarówno belfra, jak i nowoczesnego młodzieńca.

Rozdział X

Hulajnoga i nowe przyłapanie

Następnego ranka Józio czai się w pobliżu łazienki, aby móc obserwować swoich gospodarzy podczas porannej toalety. Najpierw pojawia się Młodziakowa, która wychodzi z w.c. “dumniejsza niż weszła”. Po niej zajmuje kabinę inżynier, jego zachowanie jest wręcz chamskie. Wreszcie nadchodzi Młodziakówna, która bierze zimny prysznic. Zimna woda szybko wyciąga ją ze stanu nocnego “rozmamłania”, które Józio miał zamiar oglądać celem częściowego wyzwolenia się spod uroku młodej pensjonarki. Bohater czuje, że po raz kolejny został pokonany lecz oczekuje z niecierpliwością punktu kulminacyjnego swego planu - północnej wizyty dwóch amantów. Dzień mija bez interesujących wydarzeń. Zbliża się północ. Wszyscy znajdują się już w swoich pokojach. Do okna Młodziakówny puka Kopyrda. Panna daje mistrzowski popis nowoczesności: nie okazuje najmniejszego zdziwienia i bez większych ceregieli wpuszcza chłopaka do pokoju. Natychmiast też wpija się w jego usta. Razem padają na tapczan. Ich gorące pieszczoty przerywa stukanie w szybę. Jest to nie mniej podniecony od swego poprzednika Pimko. Początkowo nie dostrzega z powodu ciemności stojącego w kącie ucznia. W tym momencie Józio okrzykiem “Złodzieje!” ściąga do pokoju rodziców pensjonarki. Obaj amanci chowają się do szaf. Początkowo Młodziakowie sądzą, że jest to fałszywy alarm lub intryga uknuta przez Józia, ale ten otwiera pierwszą szafę i ich oczom ukazuje się Kopyrda. Rodzice jednak nie okazują wielkiego zdziwienia, a nawet zdają się tolerować - naturalną w ich rozumieniu - sytuację. Kiedy jednak chwilę później otwarta zostaje druga szafa, z której wychodzi jąkający się belfer, nie wiedzą, jak się zachować. Miary dopełnia pojawienie się w oknie zarośniętej twarzy należącej do żebraka, który przyszedł po odbiór przyrzeczonych mu przez Józia pieniędzy. Korzystając z zamieszania Pimko i Kopyrda próbują się wymknąć z pokoju, ale Młodziak ich zatrzymuje. Zwraca się z pretensjami do nauczyciela. Ten próbuje się niezręcznie tłumaczyć korzystając z podsuniętego przez Józia pomysłu, że próbując zaspokoić nagłą potrzebę naturalną wszedł przypadkiem do najbliższego ogrodu i w tej niezręcznej sytuacji dostrzegła go Zuta. Musiał przed nią udawać, że przyszedł z wizytą. Inżynier nagle policzkuje nauczyciela, ten zaś wyzywa Młodziaka na pojedynek. Razem i nauczycielem usiłuje się wymknąć Kopyrda, jednak inżynier rzuca się na niego. Rozpoczyna się kotłowanina, w którą zostają kolejno wciągnięci wszyscy obecni. Tylko Józio nie bierze udziału w bójce. Dochodzi do wniosku, że uwolnił się już od Pimki i Młodziaków, postanawia więc odejść. W kuchni zatrzymuje go Miętus, który właśnie miał schadzkę ze służącą. Józio nie życzy sobie towarzystwa, ale kolega przyłącza się mimo to do niego i proponuje, aby pojechali na wieś, gdzie będzie można bez przeszkód znaleźć jakiegoś parobka i zbratać się z nim. Józio nie sprzeciwia się i podążają dalej razem.

Rozdział XI

Przedmowa do “Filiberta dzieckiem podszytego”

Dla zachowania symetrii dzieła narrator czuje się zmuszony do umieszczenia “Filiberta dzieckiem podszytego” oraz przedmowy do tego rozdziału. Wyjaśnia, iż u źródeł wszystkich cierpień człowieka leży “męka złej formy”, która może być nazwana grymasem, miną lub gębą. Podstawą zaś tejże męki jest ograniczenie każdej jednostki przez wyobrażenie, jakie ma o niej inna jednostka, inny człowiek. Narrator zastanawia się też, z czego powstało całe to dzieło i twierdzi, że wyjaśnienie tych i innych problemów znajduje się w “tajnej symbolice” kolejnego rozdziału.

Rozdział XII

“Filibert dzieckiem podszyty”

Praprapraprawnuk pewnego paryskiego wieśniaka żyjącego w końcu XVIII w. był światowej sławy mistrzem tenisa ziemnego i rozgrywał właśnie mecz na korcie paryskiego “Racing Klubu”. Na widowni siedział “pułkownik żuawów”, który chcąc się popisać przed tłumem i swą narzeczoną strzelił z pistoletu do lecącej piłki tenisowej. Tenisiści nie mogąc kontynuować gry “rzucili się na siebie z pazurami”. Kula oprócz piłki przebita szyję siedzącego na przeciwległej trybunie “przemysłowca-armatora”. Żona przemysłowca wyładowała wściekłość, policzkując kibica siedzącego obok niej. Ten “utajony epileptyk” dostał nagłego ataku. Mężczyzna zajmujący obok niego miejsce w panice wskoczył na plecy kobiecie siedzącej przed nim. Wyskoczyła ona na kort niosąc go na sobie. Podobnych przypadków było więcej. “Kulturalniejsza” część publiczności, dla zatuszowania skandalu przed zagranicznymi gośćmi, zaczęła oklaskiwać ten “pokaz”. Mniej kulturalni zachęceni oklaskami również dosiedli swych dam. “Kulturalniejsi” poszli więc za przykładem mniej kulturalnych. W tym momencie “niejaki markiz de Filiberthe”, zajmujący miejsce w loży, jako dżentelmen zapytał, czy ktoś nie chce obrazić jego żony. Ponieważ znalazło się ponad trzydziestu chętnych, którzy podjechali do loży na swoich damach, markiza de Filiberthe poroniła ze strachu. W ten sposób markiz został nieoczekiwanie “podszyty” i “uzupełniony” dzieckiem w momencie, gdy występował “jako dżentelmen sam w sobie”. W burzy oklasków markiz odszedł zawstydzony do domu.

Rozdział XIII

Parobek, czyli nowe przechwycenie

Józio i Miętus idą razem w stronę przedmieścia. Poczynając od dzielnicy willowej przechodzą przez coraz biedniejsze rejony. Miętus bez ustanku usiłuje wśród licznych przechodniów odnaleźć prawdziwego, szczerego parobka, jednak wszyscy mieszkańcy miasta - od bogatych mieszczan przez studentów aż do obdartych i wychudłych robotników posiadają mniej lub bardziej sztuczne “gęby”. Dwaj koledzy wychodzą poza miasto, choć Józio obawia się otwartej i wyludnionej przestrzeni. Przechodzą następnie przez kilka opustoszałych wiosek, aż w końcu trafiają na zabudowania, z których dobiega ich szczekanie. Okazuje się, że oprócz psów odgłosy te wydają też wieśniacy, którzy udając psy próbują się bronić “przed uczłowieczeniem, zbyt intensywnie stosowanym” wobec nich przez miejskich inteligentów. Sytuacja staje się niebezpieczna, gdyż chłopców otacza coraz większa gromada wieśniaków, którzy szczują się wzajemnie na przybyszów i zaczynają ich gryźć. Z opresji wybawia młodzieńców ciotka Józia - pani “Hurlecka z domu Lin”. Wraca właśnie samochodem do dworku w Bolimowie, gdzie zamieszkuje wraz ze swym mężem - wujem Konstantym oraz Zosią i Zygmuntem - kuzynami Józia. Podczas jazdy ciotka nie przestaje gadać, na przemian wspominając czasy Józiowego dzieciństwa i opowiadając o losach całej bliższej i dalszej rodziny. Dopiero z jej ust zdumiony Miętus przyjmuje wiadomość, że jego kolega ma rzeczywiście trzydzieści lat. Po przyjeździe do Bolimowa goście zadają grzecznościowe pytanie o zdrowie gospodarzy. W odpowiedzi słyszą rozwlekłe wypowiedzi o chorym sercu ciotki, reumatyzmie wuja Konstantego, anemii i skłonności do przeziębień u Zosi, oraz o wszelkich prawdziwych i prawdopodobnych dolegliwościach dokuczających domownikom. Rozmowę przerywa “stary sługa Franciszek”, który oznajmia, że podano do stołu. Wszyscy udają się na kolację. W pewnej chwili Miętus zamiera w bezruchu, gdyż w lokajczyku usługującym przy stole rozpoznaje z zachwytem poszukiwanego od tak długiego czasu prawdziwego parobka. Jego cechą charakterystyczną była specyficzna “gęba” - “nie twarz, która gębą się stała, lecz gęba która nigdy nie zyskała godności twarzy”. Po kolacji rodzina zasiada w saloniku. Znów zaczyna się bezsensowna rozmowa, która ciągnie się aż do spoczynku. W pokoju gościnnym Miętus zachwyca się lokajczykiem. Zwierza się też ze swej niepohamowanej żądzy “pobratania” się z parobkiem. Na dźwięk dzwonka w pokoju pojawia się służący. Miętus próbuje się z nim “bratać” wydając mu rozmaite polecenia, ale po chwili rezygnuje z bezskutecznych prób. Oddaje inicjatywę Józiowi i prosi go o pomoc w swym przedsięwzięciu. Józio wypytuje służącego o jego imię, wiek i krewnych. Walek odpowiada na pytania tonem dość obojętnym. Ożywia się dopiero słysząc pytanie o to, czy “bierze w gębę od dziedzica”. Józio wali lokajczyka z całej siły w policzek. Parobek jest zachwycony tym ciosem. Po chwili Józio wypędza go z pokoju. Miętus okazuje swe niezadowolenie z takiego obrotu sprawy. Wchodzi kuzyn Zygmunt, który pyta, kto strzelał z pistoletu, a dowiedziawszy się, że był to odgłos policzka wymierzonego słudze przez Józia, zaczyna traktować swego kuzyna z większym niż dotychczas szacunkiem i przyjaźnią. Miętus w międzyczasie wychodzi z pokoju. Pojawia się z powrotem dopiero koło północy. Okazało się, że “bratał się” z Walkiem, każąc mu bić się po twarzy. Kiedy w końcu parobek spełnił życzenie Miętusa, pojawiła się Marcyśka, “dziewka kuchenna” i dała wyraz swojemu zdumieniu dziwactwami “jaśnie pana”. Po niedługiej chwili, kiedy służący nieco się rozochocili, Miętus usłyszał też wiele szyderczych słów odnoszących się do rozmaitych fanaberii gospodarzy, którzy “nie robiom, cięgiem ino żrom i żrom, (…) chorujom, wylegujom się, po pokojach chodzom i gadajom cosik”, “bardzo som pażerne i łakome - do góry brzuchem leżom i choroby majom z tego”. Leżąc w łóżku Józio zastanawia się, jakie będą konsekwencje faktu, że Franciszek przyłapał na tej rozmowie Miętusa i parę służących. Stary sługa był też świadkiem policzkowania Miętusa przez Walka. Ta refleksja prowadzi Józia do wniosku, że w rzeczywistości jedyną drogą do “poprawnego” współżycia panów i sług jest uświęcone tradycją “mordobicie” służących, które ukazuje “chamom” ich właściwe miejsce i nie dopuszcza do szkodliwego z nimi spoufalenia.

Rozdział XIV

Hulajgęba i nowe przyłapanie

Następnego ranka ciotka wypytuje Józia o wydarzenia minionego wieczora związane z osobą Miętusa. Józio jednak bagatelizuje podejrzenia ciotki o lewicowe poglądy Miętusa i wyraża swe wątpliwości. Aż do obiadu czas upływa w leniwym rytmie. Po obiedzie wuj Konstanty rozmawia na osobności z Józiem i zastanawia się, czy Miętus nie jest pederastą i dlatego tak spoufala się z Walkiem. Józio jednak wyprowadza wuja z błędu i tłumaczy, że kolega po prostu “brata się jako chłopiec z chłopcem” i nie ma to nic wspólnego ani ze zboczeniem seksualnym, ani też z jakimiś lewicowymi poglądami. Pojawia się Franciszek, który skarży się na karygodne spoufalenie Walka z Miętusem i na to, że w rozmowie z gościem lokajczyk ośmielił się wygadywać rozmaite rzeczy na swych chlebodawców. Wszyscy szukają Miętusa, którego już od dłuższego czasu nie ma. Po jakimś czasie Miętus ukazuje się na skraju lasu. Towarzyszy mu parobek. Z daleka widać, jak przybysz z miasta mizdrzy się do służącego i wtyka mu w rękę pieniądze. Walek - wołany przez Zygmunta - ucieka w las. Miętus przyłącza się do towarzystwa, które odbywa spacer po zagajniku. Gospodarze - a szczególnie wuj Konstanty - kpią z postawy Miętusa i jego upodobań. W odpowiedzi Konstanty słyszy, jak gość szydzi z jego przygody z dzikiem i gajowym (ze strachu przed dzikiem pan wskoczył na plecy gajowemu, gdyż w pobliżu nie było drzew), której to przygody Walek był świadkiem i miał ją zachować w tajemnicy. Konstanty postanawia zwolnić parobka z posady lokaja. Miętus wykrzykuje jeszcze kilka obelg i ucieka w las. Józio próbuje go dogonić. W oddali widać Zosię. Ostrzeżona przez Józia ucieka, co powoduje, że Miętus rzuca się za nią w pogoń. Józio dogania kolegę, który potknął się o korzeń i przewrócił. Miętus przemawia chłopską gwarą i zachowuje się jak prosty wieśniak. Józiowi udaje się doprowadzić go do domu. Po umieszczeniu kolegi w pokoju bohater spotyka swego kuzyna, który oznajmia wolę Konstantego: obaj chłopcy będą spożywać posiłki w swoim pokoju, następnego zaś rana powrócą do Warszawy. Zygmunt chce jeszcze spoliczkować Miętusa, aby doprowadzić do pojedynku, ale ojciec (Konstanty), który właśnie nadszedł, twierdzi że raczej należałoby dać niesfornemu chłopakowi “po pupie”. Zza okna dobiegają szydercze śpiewy i śmiechy dziewek służących i parobków. Wuj chwyta w rękę rewolwer, ale w ostatniej chwili powstrzymuje go ciotka. Józio wraca do pokoju, gdzie zastaje kolegę, który lamentuje nad losem Walka i wyraża zamiar pozostania razem z parobkiem we wsi. Później zmienia zamiar i chce zabrać lokajczyka do Warszawy. Słysząc nocą, jak dziedzic strzela na postrach, Józio postanawia niezwłocznie uciekać. Ponieważ Miętus nie chce się nigdzie ruszyć bez parobka, przekrada się po północy przez uśpiony dom, aby odnaleźć i porwać parobka. Zastanawia się nad celowością takiego postępowania. Uważa, że lepsze i bardziej naturalne byłoby porwanie Zosi, jednak nie zmienia planów. Odnaleziony w kuchni parobek zrazu nie chce wędrować do Warszawy, ale przekonuje go silny argument w postaci wymierzonego mu policzka. Razem z Józiem przekradają się cicho do pokoju, jednak na ich drodze staje wuj Konstanty. Chwilę później pojawia się też Zygmunt i lokaj Franciszek niosący świecę. Józio kryje się za kotarą, ale nie udaje mu się w porę wciągnąć tam lokajczyka. Walek zostaje posądzony o próbę kradzieży sreber. Pod tym pozorem zarówno Konstanty jak i Zygmunt odpłacają mu wielkim “mordobiciem” za odkrycie ich tajemnic. Potem zaczynają tresurę lokaja każąc mu usługiwać przy posiłku i demonstrując przed nim swoją “pańskość”. Józio obserwuje to wszystko zza kotary, ale nie ma odwagi się ujawnić. W pewnym momencie zjawia się Miętus, który rzuca się na Konstantego. Wuj wraz z Zygmuntem mają zamiar spuścić chłopakowi lanie w obecności gapiących się przez okno wieśniaków i służących. Miętus chowa się za Walkiem, który znienacka “grzmotnął po mordzie Konstantego”. W ten sposób sługa zrównał się z panem. Na ten widok do pokoju wtargnęła ciżba chłopska, która również pragnęła “bratać się” z panami. Józio wymyka się z kotłowaniny i ucieka, zdając sobie równocześnie sprawę z tego, że nie może się uwolnić od swej “dziecięcej pupy”. W ogrodzie zatrzymuje go Zosia. Józio zabiera ją ze sobą, dochodząc do wniosku, że “porwanie” jej jest jedynym sposobem uniknięcia tłumaczenia obcym całego zajścia i swego w nim udziału. Rankiem wyznaje jej miłość i wmawia pannie, że została przez niego porwana. Zosia zaczyna wierzyć w historię z porwaniem i zapomina o wydarzeniach, które rozegrały się na folwarku. Józio zaś zamierza jedynie w drodze do Warszawy posługiwać się nią jak parawanem. Ratując w ten sposób pozory dojrzałości jest zmuszony cierpieć ciągłe zwierzenia Zosi, przekonanej o jego uczuciach względem niej, która całkiem otwiera przed nim swe serce. W pewnym momencie okazuje się, że znajdują się we dwoje na całkowitym odludziu. Józio pragnie się od dziewczyny uwolnić, ona zaś coraz bardziej się do niego przytula. Chłopak broni się przed nią coraz słabiej, aż w końcu ulega. W podsumowaniu narrator stwierdza, że “nie ma ucieczki przed gębą jak tylko w inną gębę, a przed człowiekiem schronić się jedynie można w objęcia innego człowieka”. Na końcu umieszczony został następujący dwuwiersz:

“Koniec i bomba

A kto czytał, ten trąba!”

OSOBY

Dunkan - król szkocki;

Malkolm, Donalbein - synowie Dunkana;

Makbet - krewny króla, wódz wojsk szkockich;

Banko - wódz wojsk szkockich, przyjaciel Makbeta;

Makduf, Lennox, Rosse, Menteith, Angus, Caithness - panowie szkoccy;

Fleance - syn Banka;

Siward - hrabia Northumberland, dowódca wojsk angielskich, wuj Malkolma i Donelbeina;

Młody Siward - jego syn;

Seyton - oficer pod rozkazami Makbeta;

Chłopiec - syn Makdufa;

lekarz szkocki, lekarz angielski, żołnierz, odźwierny, starzec, Lady Makbet, Lady Makduf, dama - na usługach Lady Makbet, Hekate i trzy czarownice, lordowie, panowie, dowódcy wojsk, żołnierze, zbójcy, słudzy i gońcy, duch Banka.

Rzecz dzieje się w Szkocji (z wyjątkiem sceny trzeciej z aktu czwartego, kiedy to akcja rozgrywa się w Anglii).

AKT I

Scena pierwsza

Miejsce: Pustkowie

Osoby: trzy czarownice

Wiedźmy w swojej rozmowie przepowiadają spotkanie z Makbetem, które ma się odbyć po zakończeniu trwającej właśnie bitwy.

Scena druga

Miejsce: Obóz pod Forres

Osoby: Dunkan, Malkolm, Żołnierz, Lennox, Rosse, Donalbein, orszak królewski

Niedaleko od obozu toczy się bitwa pomiędzy wojskami szkockimi a wojskami norweskimi, dowodzonymi przez króla Swena, wspieranymi natomiast przez zdrajców szkockich - Makdonwalda i (potajemnie) przez namiestnika hrabstwa Kawdor. Król spotyka rannego żołnierza, który opisuje przebieg bitwy. Starcie jest zacięte i krwawe, jednak dzięki walecznym czynom Makbeta i Banska wojska szkockie mają przewagę. Makbet zabija m.in. Makdonwalda. Po odejściu żołnierza pojawia się Rosse z wieścią, że wojska szkockie odniosły zwycięstwo, natomiast Makbet pokonał króla Norwegów. Król Sweno prosi o pokój. Dunkan wydaje wyrok śmierci na namiestnika Kawdoru, natomiast jego następcą mianuje Makbeta.

Scena trzecia

Miejsce: Dzika okolica

Osoby: trzy czarownice, Makbet, Banko, Rosse, Angus

Czarownice opowiadają sobie, czego która dokonała przed spotkaniem. Jedna z nich mówi, że obraziła ona pewnego kupca i że za to wiedźma prześladowała tegoż kupca znajdującego się właśnie na morzu. Czarownica obiecuje też, że nadal będzie go prześladować wichrami i nawałnicami atakującymi zaciekle jego okręt. Makbet, idący wraz z Bankiem do Forres, przechodzi w pobliżu i dostrzega rozmawiające wiedźmy. Te natomiast w odpowiedzi na jego powitanie przepowiadają Makbetowi, że zostanie on namiestnikiem Kawdoru, a następnie królem, Bankowi zaś mówią, że będzie ojcem królów. Obaj mężowie są zdziwieni i pragną się dowiedzieć czegoś więcej, jednak czarownice znikają. Wodzowie nie wierzą swoim zmysłom, wszystko to wydaje się im być przywidzeniem. Nadchodzą Rosse i Angus, przynosząc Makbetowi wieść o jego nominacji i pochwały królewskie dla jego waleczności i - nadludzkich prawie - czynów. Makbeta i Banka zaskakuje spełnienie się pierwszej z przepowiedni i dlatego w duchu zastanawiają się nad swą przyszłością. Niezwłocznie jednak wyruszają do króla, który ich wezwał.

Scena czwarta

Miejsce: Forres. Pokój w pałacu

Osoby: Dunkan, Malkolm, Makbet, Banko, Donalbein, Lennox, Rosse, Angus, orszak królewski

Malkolm opowiada królowi o śmierci byłego namiestnika Kawdoru. W trakcie opowieści przybywają Makbet, Banko, Rosse i Angus. Król w sposób serdeczny wita Makbeta i obsypuje go pochwałami. Później Dunkan oznajmia zebranym, że Malkolm otrzymuje tytuł księcia Kumberlandu, a w przyszłości odziedziczy tron królewski. Następnie król wyrusza do siedziby Makbeta w Inverness. Makbet poprzedza władcę, natomiast w duchu planuje już zabójstwo Malkolma.

Scena piąta

Miejsce: Inverness. Pokój w zamku Makbeta

Osoby: Lady Makbet, sługa, Makbet

Lady Makbet czyta list, w którym jej mąż powiadamia ją o wróżbie czarownic i o częściowym jej wypełnieniu. Małżonka obawia się, aby Makbet nie zawahał się przypadkiem przed dokonaniem zabójstwa w celu osiągnięcia korony i postanawia mu pomóc. Przybywa sługa z wieścią o zbliżaniu się orszaku królewskiego, a chwilę później zjawia się Makbet, potwierdzając tę wiadomość. Oboje z żoną radzą, co czynić i planują popełnić zbrodnię w czasie, gdy król będzie nocował w ich zamku.

Scena szósta

Miejsce: Plac przed zamkiem w Inverness

Osoby: Dunkan wraz z panami szkockimi i swym orszakiem, Lady Makbet, słudzy Makbeta

Pani domu wita króla i jego świtę.

Scena siódma

Miejsce: Pokój w pałacu

Osoby: Makbet, Lady Makbet

Makbet waha się i obawia wypełnienia swych niegodnych planów. Przed oczyma ma dobroć władcy i jego życzliwość. Zdaje sobie sprawę, że jako krewny i gospodarz króla powinien go chronić przed niebezpieczeństwem, a nie czyhać na jego życie. Z drugiej jednak strony pcha go do zbrodni ambicja. Pojawia się Lady Makbet. Mąż jej pragnie się wycofać, ona jednak zarzuca mu tchórzostwo i niekonsekwencję. W końcu ustalają, że upiją służących króla, mających czuwać nad jego snem, a następnie ich sztyletami zamordują władcę. Planują też, że później będą stwarzać pozory, jakoby to właśnie owi słudzy dokonali tej zbrodni.

AKT II

Scena pierwsza

Miejsce: Inverness. Dziedziniec zamkowy.

Osoby: Banko, Fleance, Makbet

Dochodzi już północ. Banko wraz ze swym synem jeszcze czuwają. Spotyka się z nimi Makbet. Po chwili rozmowy dwaj pierwsi wychodzą. Makbet natomiast rozmyśla o czynie, którego niedługo ma dokonać. Jest niespokojny, miotają nim różne uczucia i wrażenia. Na dźwięk dzwonka, którym żona dała mu znak, że wszystko gotowe, zbiera się w sobie i idzie do pałacu.

Scena druga

Miejsce: Dziedzineic zamkowy

Osoby: Lady Makbet, Makbet

Lady Makbet spotyka męża, który właśnie wyszedł z komnaty króla. Makbet oznajmia jej, że władca już nie żyje. Zabójca jest jednak bardzo rozkojarzony i przerażony swym czynem. Prześladują go różne widziadła. Lady Makbet bierze z jego rąk zakrwawione sztylety i wchodzi do wnętrza, aby podrzucić je śpiącym mocno sługom. Po powrocie zarzuca mu tchórzostwo. Scenę kończy kołatanie dochodzące od strony bramy pałacowej.

Scena trzecia

Miejsce: Dziedziniec zamkowy

Osoby: odźwierny, Makduf, Lennox, Makbet, Lady Makbet, Banko, Malkolm, Donalbein

Odźwierny wpuszcza Makdufa i Lennoxa, którzy przybyli, aby zbudzić króla. Po chwili wychodzi do nich Makbet. Dowiedziawszy się, po co przyszli, prowadzi ich przed drzwi komnaty króla. Makduf wchodzi do wnętrza, lecz po chwili wybiega z wieścią o śmierci króla. Lennox i Makbet podnoszą alarm. Zbiegają się wszyscy dworzanie, nadchodzi też Lady Makbet. Makbet wyznaje, że w chwili uniesienia zabił służących, pełniących służbę przy sypialni, gdyż zauważył na ich ubraniach i sztyletach ślady krwi, co - według niego - było jawnym dowodem ich winy. Następnie proponuje, aby wszyscy przebrali się i zgromadzili w jednej z komnat. Obecni zgadzają się na to i wychodzą. Pozostają jedynie synowie króla, którzy postanawiają nie narażać się na niebezpieczeństwo, mogące czyhać w każdej komnacie tego pałacu i potajemnie wyjeżdżają. Malkolm podąża do Anglii, natomiast Donalbein - do Irlandii.

Scena czwarta

Miejsce: Inverness. Za obrębem zamku

Osoby: Rosse, starzec, Makduf

Starzec i Rosse rozprawiają o dziwnych i przerażających znakach, jakie ukazały się ostatnimi czasy na niebie i na ziemi oraz o zabójstwie króla. Przybywa Makduf z wieściami, że winnymi morderstwa uznano służących zabitych przez Makbeta oraz, że podejrzanymi o przygotowanie zamachu są synowie Dunkana, którzy potajemnie uciekli. Mówi też, że Makbet został obrany królem i wyruszył o Skony na koronację. Po krótkiej rozmowie Makduf oznajmia, że wyrusza do hrabstwa Fajf, natomiast Rosse postanawia udać się do Skony.

AKT III

Scena pierwsza

Miejsce: Forres. Sala w pałacu

Osoby: Banko, Makbet, Lady Makbet, Lennox, Rosse, lordowie, damy i orszak

Banko, widząc spełnienie się przepowiedni dotyczących losu Makbeta, zastanawia się nad dalszym losem swoim i swoich potomków. Podejrzewa też, że Makbet nie doszedł do tronu uczciwą drogą. Wchodzi Makbet wraz z żoną i orszakiem. Zaprasza Banka na ucztę, która ma się odbyć tego wieczoru. Ten zapewnia, że będzie obecny na przyjęciu, ale w tej chwili musi wraz z synem wyjechać w celu załatwienia pilnych spraw. Następnie Banko oddala się. Odchodzi też Lady Makbet z orszakiem królewskim. Makbet pozostaje sam. W swoim monologu wyjawia, że Banko jest jedynym człowiekiem, którego się obawia oraz wspomina przepowiednię wiedźm, dotyczącą rodu Banka. Następnie przywołuje dwóch zbójców i nakazuje im, aby potajemnie zgładzili Banka i jego syna.

Scena druga

Miejsce: Forres. Inna komnata pałacu

Osoby: Lady Makbet, służąca, Makbet

Lady Makbet wyprawia służącą po swojego męża. Nadchodzi Makbet. W rozmowie stwierdza on, że lepiej byłoby mu umrzeć niż znosić cierpienia duchowe, jakie obecnie przeżywa. Widzi on jednak również, że nie ma już dla niego odwrotu. Na zakończenie stwierdza: “Zły plon bezprawia nowym się tylko bezprawiem poprawia”.

Scena trzecia

Miejsce: Forres. Las niedaleko zamku

Osoby: Trzej zbójcy, Banko, Fleance, pachołek

Zbójcy napadają na Banka i jego syna. Banko ginie, jednak Fleans i pachołek uchodzą. Zbójcy podążają do zamku, aby donieść o tym Makbetowi.

Scena czwarta

Miejsce: Wielka sala w pałacu

Osoby: Makbet, Lady Makbet, Rosse, Lennox i inne osoby

Odbywa się uczta. W drzwiach ukazuje się jeden ze zbójców. Makbet natychmiast wychodzi do niego i dowiaduje się o przebiegu napadu. Następnie odsyła bandytę, naznaczając mu spotkanie na dzień następny i powraca do sali. W tejże chwili pojawia się duch Banka - widziany tylko przez Makbeta - i zajmuje jego miejsce przy stole. Początkowo Makbet nie poznaje go, ale podchodząc do miejsca wskazanego mu jako wolne doznaje wstrząsu. Przemawia do ducha, co niezmiernie dziwi zebranych. Sytuację ratuje Lady Makbet, która przypisuje dziwne zachowanie króla nieznanej chorobie, trapiącej go rzekomo od dzieciństwa. Po chwili duch znika. Na stronie Lady Makbet wypomina mężowi jego zachowanie i posądza go o szaleństwo. On jednak obstaje przy tym, że widział nieziemską postać. Wszyscy powracają do przerwanej biesiady. Król wznosi toast, ale w czasie, gdy wypowiada imię nieobecnego Banka duch pojawia się ponownie i staje przed nim. Makbet odpędza go. Duch znika. Dziwne zachowanie władcy i jego niezrozumiałe słowa niepokoją biesiadników. Lady Makbet prosi o zakończenie uczty, gdyż królowi potrzebny jest spokój i wypoczynek. Kiedy Makbet i jego żona zostali już sami, król podejmuje decyzję, że następnego dnia wyruszy on na poszukiwanie wiedźm i spyta się ich o swe dalsze losy. Stwierdza też, że nie może się ani cofnąć, ani stać w miejscu i dlatego podąży dalej drogą zbrodni.

Scena piąta

Miejsce: Wrzosowisko

Osoby: Hekate, trzy czarownice

Hekate jest oburzona na wiedźmy, że same kierują postępowaniem Makbeta, a z nią do tej pory nie porozumiały się. Jest też niezadowolona z tego, że zbrodnie króla jeszcze nie ugodziły w niego samego i że na razie przynoszą mu one korzyści. Zapowiada rychłe spotkanie z Makbetem, pragnącym poznać swą przyszłość i nakazuje, aby wiedźmy przygotowały rekwizyty potrzebne do sprawowania czarodziejskich obrzędów. Hekate ma zamiar uczynić Makbeta pewnym siebie i ufnym w swoje bezpieczeństwo, co ma go doprowadzić do zguby.

Scena szósta

Miejsce: Forres. Pokój w zamku

Osoby: Lennox, lord

Lennox dostrzega w śmierci Dunkana i Banka dziwny zbieg okoliczności. Lord natomiast opowiada, że starszy syn nieżyjącego króla przebywa na dworze króla Anglii - Edwarda. Przybył tam też Makduf z prośbą o wysłanie pod wodzą Malkolma wojsk, które pomogłyby Szkocji w odzyskaniu prawowitej władzy. Lord mówi też, że na wieść o tych wydarzeniach Makbet zaczął już czynić przygotowania do zbliżającej się wojny.

AKT IV

Scena pierwsza

Miejsce: Ciemna jaskinia

Osoby: trzy czarownice, Hekate, Makbet, zjawy, Lennox

Czarownice przygotowują jakiś wywar. Przybywa Makbet i zaklina je, aby ukazały mu przyszłość. Za pomocą czarów przyzywają one pierwszą zjawę - głowę w hełmie. Ostrzega ona Makbeta przed Makdufem. Później pojawia się zakrwawione dziecko, które zaleca królowi, aby był nieprzejednany i okrutny. Mówi też, że Makbeta nie zwycięży żaden mąż narodzony z niewiasty. Następną zjawą jest dziecko w koronie, które mówi, że:

“Nie tknie Makbeta żaden cios morderczy

Póki las Birnam ku dunzynańskiemu

Wzgórzu nie pójdzie walczyć przeciw niemu”.

Makbet jest już całkiem przekonany o tym, iż nikt nie jest w stanie go pokonać, jednak pyta jeszcze, czy potomstwo Banka obejmie tron w państwie. Wiedźmy wzbraniają się przed udzieleniem na to pytanie odpowiedzi, ale ulegają w końcu jego gwałtownym naleganiom i jeszcze raz posługują się czarami. Przed Makbetem pojawia się ośmiu królów, za którymi kroczy Banko ze zwierciadłem w ręku. Tyran jest przerażony tym widokiem, ale czarownice za pomocą sił magicznych lewają w niego na nowo pewność siebie, a następnie znikają. Po chwili przybywa do jaskini Lennox i przynosi wieść o ucieczce Makdufa do Anglii. Makbet postanawia zniszczyć hrabstwo Fajf, którego Makduf był namiestnikiem i wymordować całą rodzinę zbiega.

Scena druga

Miejsce: Hrabstwo Fajf. Komnata w zamku Makdufa

Osoby: Lady Makduf, chłopiec, Rosse, nieznajomy, mordercy

wiadomość o ucieczce Makdufa do Anglii. Kobieta ma za złe mężowi, że opuścił ją i dziecko. Twierdzi, że postąpił jak tchórz. Po wyjściu Rosse’a, Lady Makduf rozmawia z synkiem. Mówi mu, że jego ojciec jest zdrajcą. Dziecko jednak, które swoimi wypowiedziami daje dowody nieprzeciętnej inteligencji i dowcipu, nie wierzy matce. Rozmowę przerywa wejście nieznajomego, który - podobnie, jak wcześniej Rosse - doradza, aby Lady Makduf jak najszybciej opuściła zamek i schroniła się w jakiejś bardziej bezpiecznej okolicy. Po wyjściu nieznajomego kobieta zaczyna poważnie traktować ostrzeżenia, jednak jest już za późno. Jej rozważania przerywają mordercy, którzy po wtargnięciu do komnaty zabijają chłopca. Lady Makduf próbuje się ratować ucieczką, jednak - jak się później okazuje - również dosięga ją śmierć.

Scena trzecia

Miejsce: W Anglii. Pokój w pałacu królewskim

Osoby: Malkolm, Makduf, lekarz, Rosse

Makduf namawia Malkolma, aby ten powrócił do Szkocji na czele powierzonych mu wojsk angielskich i odebrał tam władzę tyranowi. Malkolm jednak, obawiając się podstępu wystawia Makdufa na próbę, oskarżając się przed nim o rozpustę, chciwość i brak jakichkolwiek cnót. Widząc jednak reakcję Makdufa, wskazującą na jego uczciwość, przyznaje się, że wszystko to jest nieprawdą i zgadza się wyruszyć razem z nim do Szkocji. Wchodzi lekarz, który wspomina o cudownych uzdrowieniach, jakich dokonuje król Edward. Po jego wyjściu Malkolm opisuje Makdufowi te zdarzenia bardziej szczegółowo. Przybywa Rosse z wieściami o tragicznych wydarzeniach, które rozegrały się niedawno w Szkocji. Oznajmia obecnym o trwających tam zamieszkach oraz o śmierci Lady Makduf i jej synka. Ta ostatnia wiadomość rani serce Makdufa. Poprzysięga on zemstę, natomiast wszyscy trzej dochodzą do wniosku, że nadeszła odpowiednia chwila do odebrania władzy tyranowi.

AKT V

Scena pierwsza

Miejsce: Dunzynan. Komnata w zamku Makbeta

Osoby: lekarz, dama, Lady Makbet

Dama wezwała lekarza, aby w nocy czuwał razem z nią i pomógł w jakiś sposób Lady Makbet, która niekiedy zachowuje się dziwnie. Lady Makbet faktycznie nadchodzi, ale pomimo otwartych oczu jest nieprzytomna i nikogo nie dostrzega. Próbuje zetrzeć ze swych rąk niewidoczne plamy krwi, chwilami zwraca się do nieobecnego męża. Lekarz i dama obserwują to wszystko uważnie. Po odejściu Lady Makbet medyk stwierdza, że jest to choroba duszy, a nie ciała i dlatego bardziej przydałby się tu ksiądz. Oboje domyślają się przyczyn cierpienia, ale nie wyrażają swych myśli słowami.

Scena druga

Miejsce: W okolicy dunzynańskiego lasu

Osoby: Menteith, Caithness, Angus, Lennox, żołnierze

Z rozmowy toczącej się pomiędzy czterema lordami wynika, że wojska angielskie pod wodzą Malkolma, Siwarda i Makdufa zbliżają się do zamku. W tym czasie Makbet przygotowuje twierdzę do obrony. Lordowie wyruszają, aby przyłączyć się do nadciągających wojsk.

Scena trzecia

Miejsce: Dunzynan. Jedna z komnat zamkowych

Osoby: Makbet, sługa, Seyton, lekarz, przyboczny orszak Makbeta

Makbet wspomina wróżbę dotyczącą lasu Birnam i to dodaje mu odwagi. W chwilach uniesienia urąga całemu światu. Sługa przynosi mu wieść, że do zamku zbliża się wojsko w liczbie dziesięciu tysięcy. Makbet czuje, że kończy się jego panowanie. Stwierdza, że ci, którzy przy nim jeszcze pozostali, nie kochają go, a są tylko obłudnymi pochlebcami. Nadchodzi lekarz i oznajmia Makbetowi, że nie jest w stanie ulżyć cierpieniom jego małżonki. Po tym wychodzą wszyscy oprócz lekarza, który wypowiada słowa będące odbiciem nastrojów panujących w zamku:

“Gdybym się za tę bramę raz wydostał,

Sam diabeł by mnie zawrócić nie zdołał”.

Scena czwarta

Miejsce: Okolice w pobliżu Dunzynanu. Opodal znajduje się las Birnam

Osoby: Malkolm, Siward z synem, Makduf, Menteith, Caithness, Angus, Lennox, Rosse i inni

Malkolm nakazuje, aby każdy z żołnierzy uciął sobie z drzewa gałąź i aby w czasie natarcia wszyscy nieśli te gałęzie przed sobą. Działanie to ma na celu ukrycie prawdziwej liczby oblegających wojsk. Żołnierze spełniają rozkaz.

Scena piąta

Miejsce: Dunzynan. Wewnątrz zamku

Osoby: Makbet, Seyton, żołnierze

Makbet uważa swój zamek za twierdzę nie do zdobycia. Jego wypowiedź przerywa krzyk kobiet dochodzący z komnat. Seyton wychodzi, aby sprawdzić, co się stało. Po chwili wraca i oznajmia że Lady Makbet popełniła samobójstwo. Makbet przyjmuje tę wiadomość spokojnie. Zbliża się żołnierz, który przynosi wieść o tym, że las Birnam zbliża się do zamku. Makbet z początku nie wierzy, jednak po chwili dostrzega to z murów i pojmuje słowa wyroczni. Gotuje się na śmierć, jednak nie zamierza się podda i pragnie zginąć w boju.

Scena szósta

Miejsce: Dunzynan. Równina przed zamkiem

Osoby: Malkolm, Siward, Makduf, żołnierze

Malkolm wydaje ostatnie rozkazy przed bitwą. Nakazuje żołnierzom odrzucić gałęzie, natomiast Siwardowi powierza dowodzenie wojskiem w czasie pierwszego natarcia. Następnie wydaje rozkaz rozpoczęcia walki.

Scena siódma

Miejsce: Dunzynan. Inna część równiny

Osoby: Makbet, młody Siward, Makduf, Malkolm, Siward, Rosse, pozostali lordowie szkoccy, żołnierze

Makbet wychodzi poza obręb zamku. Ciągle przypomina sobie słowa przepowiedni dotyczące człowieka, który może go zabić. Spotyka Młodego Siwarda i po chwili walki zabija go. Tymczasem Makduf poszukuje Makbeta w innej części pola bitwy. Siward i Malkolm widzą już zbliżające się zwycięstwo. Z ich rozmowy wynika też, że zamek się poddał, natomiast część wojsk Makbeta przeszła na stronę oblegających. Makbet spotyka się w tym czasie z Makdufem. Walczą, ale w czasie pojedynku prowadzą rozmowę, z której Makbet dowiaduje się, że jego przeciwnik został przedwcześnie wydobyty z łona matki. Makbet podupada na duchu, jednak walczy do samego końca. W innym miejscu zbierają się lordowie szkoccy. Bitwa jest skończona. Stary Siward dowiaduje się o śmierci syna, jednak wiadomość ta napełnia go dumą, tym bardziej, że młodzieniec odważnie stanął do walki z przeciwnikiem, ceniąc sobie więcej honor niż życie. Nadchodzi Makduf, niosąc głowę Makbeta zatkniętą na włóczni. Malkolm, który zostaje obrany w tym momencie królem Szkocji, nadaje wszystkim wiernym sobie lordom tytuły hrabiów oraz dziękuje wojskom za pomoc w obaleniu tyranii i przywróceniu prawowitych rządów.

OSOBY

Klaudiusz - król Danii, brat zmarłego króla, przewrotny, żadny władzy;

Hamlet - syn zmarłego króla, prostoduszny, wrażliwy, inteligentny;

Poloniusz - kanclerz na dworze Klaudiusza;

Horacjo - przyjaciel Hamleta, ubogi szlachcic, szlachetny i honorowy;

Laertes - syn Poloniusza, bardzo porywczy;

Voltymand, Cornelius, Rosencrantz, Guildenstern, Ozryk - dworzanie;

Marcellus, Bernardo - oficerowie;

Fortynbras - książę Norwegii;

Gertruda - królowa Danii, matka Hamleta;

Ofelia - córka Poloniusza, zakochana w Hamlecie;

duch ojca Hamleta, ksiądz, aktorzy, dwaj grabarze, dworzanie, żołnierze, służba, posłańcy.
AKT I

Scena pierwsza

Bernardo pełni wartę na murach obronnych zamku. Francisco zmienia Bernarda. Po chwili pojawiają się też Horacjo i Marcellus. Wartownicy opowiadają Horacjowi o dziwnych wydarzeniach ubiegłej nocy. Przerywa to jednak pojawienie się - tak jak poprzedniej nocy - ducha, który przypomina z wyglądu zmarłego króla. Horacjo próbuje wypytywać widmo, ale zjawa odchodzi. Żołnierze nie rozumieją całego zajścia. Są pewni, że zwiastuje ono Danii jakieś klęski. Horacjo również zastanawia się nad tym problemem. Wspomina zmarłego króla i jego pojedynek z królem Norwegii, Fortynbrasem. Zwycięzcą został Hamlet, który zabił Fortynbrasa (zarówno książę Norwegii, jak i książę Danii nosili imiona swych ojców) i na mocy zawartego układu zajął część ziem norweskich. Obecne przygotowania wojenne Fortynbrasa młodszego mogą mieć związek z jego chęcią pomszczenia śmierci ojca i odzyskania utraconych ziem. Z tego też powodu Duńczycy byli Zmuszeni zwiększyć czujność. Monolog młodego szlachcica przerywa ponowne pojawienie się ducha. Żołnierze próbują go schwytać, jednak duch znika. Wydawało się, że chce coś do nich powiedzieć, ale pianie koguta wypędziło go z powrotem w zaziemskie krainy. Horacjo postanawia o wszystkim opowiedzieć młodemu Hamletowi.

Scena druga

Klaudiusz, Gertruda i ich dworzanie przebywają w sali tronowej. Król oznajmia zebranym, że właśnie poślubił Gertrudę. Następnie wysyła Corneliusa i Voltymanda z poselstwem do króla Norwegii, aby ten powściągnął młodego Fortynbrasa, gotującego się do wojny. Laertes uzyskuje następnie od władcy pozwolenie na powrót do Francji, z której przybył, aby uczestniczyć w koronacji Klaudiusza i w jego ślubie. Monarcha napomina Hamleta, który wciąż nosi szaty żałobne i obserwuje ponurym wzrokiem rozgrywające się wydarzenia, aby porzucił smutek i powrócił do normalnego życia. Nakłania też bratanka, aby pozostał w kraju i nie wracał do akademii w Wittenberdze. Do nakazu tego przyłącza się matka księcia, który podporządkowuje się poleceniu pary królewskiej. Po odejściu orszaku Hamlet użala się nad zbyt szybkim porzuceniem przez cały dwór żałoby po poprzednim wspaniałym, walecznym i sprawiedliwym - władcy oraz nad słabą wolą matki, która w dwa miesiące po śmierci poprzedniego męża już ulega następnemu mężczyźnie. Monolog przerywa nadejście Horacja, któremu towarzyszą Bernardo i Marcellus. Książę wita z radością przyjaciela, od którego dowiaduje się o tajemniczej nocnej zjawie. Hamlet wypytuje przybyszów o wygląd i zachowanie ducha, a następnie postanawia osobiście im towarzyszyć podczas kolejnej warty.

Scena trzecia

Laertes żegna się z Ofelią i napomina ją, aby nie wierzyła w deklaracje uczuć składane przez Hamleta, który - jako następca tronu - nie może sam decydować o swoim losie, gdyż los ten jest ściśle związany z losem państwa i od jego dobra uzależniony. Pojawia się Poloniusz, który daje synowi rozliczne wskazówki dotyczące zachowania, zwyczajów i obyczajów, o jakich młodzieniec zawsze powinien pamiętać. Po odejściu Laertesa ojciec również przestrzega Ofelię przed dawaniem zbytniej wiary słowom Hamleta i nakazuje jej trzymać księcia na dystans. Dworzanin jest przekonany, że za słodkimi słowami następcy tronu nie kryje się prawdziwe uczucie, a jedynie chęć uwiedzenia pięknej panny. Ofelia nie chce zbytnio wierzyć w taką interpretację postawy i zachowania księcia, ale nie chce się też sprzeciwiać woli ojca.

Scena czwarta

Mija północ. Hamlet wraz z Horacjem i Marcellusem trzymają straż na murach zamku. Z oddali dobiegają do nich odgłosy wystrzałów armatnich i fanfar, które towarzyszą uroczystej biesiadzie weselnej wydawanej przez nowego króla. Książę gani tradycję, która doprowadza do tego, iż Duńczycy stali się dla innych narodów pośmiewiskiem, zaś ich pijaństwo stało się przysłowiowe. Nagle pojawia się duch i wzywa Hamleta, aby podążył za nim. Towarzysze próbują powstrzymać księcia przed szpełnieniem tego życzenia, obawiając się, że widmo może wyrządzić następcy tronu jakąś krzywdę na ciele lub umyśle, jednak Hamlet podąża w ślad za duchem.

Scena piąta

Hamlet dowiaduje się, że zjawa jest duchem jego ojca. Dowiaduje się również, że to nie żmija ukąsiła poprzedniego władcę, podczas gdy zażywał on drzemki w ogrodzie (taka krążyła oficjalna wersja wydarzeń, rozpowszechniana przez Klaudiusza), ale brat osobiście wlał do ucha śpiącego silną i szybko działającą truciznę. Ojciec prosi syna o pomszczenie swej śmierci, nie mówi niczego niepochopnego o królowej, a następnie znika. Hamlet zostaje na miejscu wzburzony i pełen obrzydzenia dla przewrotności swego stryja. Nadchodzą dwaj towarzysze księcia, którym następca tronu nie chce zdradzić, czego dowiedział się od ducha. Wzywa ich też do złożenia przysięgi, że nikomu nie powiedzą o tym, co widzieli tej i poprzednich nocy. Do złożenia trzykrotnej przysięgi nakłania ich też głos ducha wydobywający się spod ziemi. Później Hamlet uprzedza przyjaciół, że jego zachowanie może od tej pory wydać się im dziwne, ale nie mają prawa nikomu wspominać o przyczynach takiego stanu rzeczy, i odchodzi.

AKT II

Scena pierwsza

Poloniusz wysyła Reynalda, swego sługę, aby przekazał Laertesowi pieniądze i list od ojca. Oprócz tego posłaniec ma też dyskretnie wywiedzieć się w Paryżu o trybie życia młodzieńca, zaś zdobyte nawet podstępem informacje ma przekazać później Poloniuszowi. Chwilę później pojawia się przerażona Ofelia. Opowiada ojcu, że - zgodnie z nakazem - unikała spotkań i nie przyjmowała listów od Hamleta, ale niedawno pojawił się on u niej i - nieładem w stroju oraz dziwnym zachowaniem - dawał dowody pomieszania zmysłów. Poloniusz jest przekonany, że książę oszalał z powodu nie spełnionej miłości. Postanawia zatem powiadomić o wszystkim króla.

Scena druga

Król i królowa, trapieni nagłą zmianą zachowania Hamleta, wezwali Rosencrantza i Guildensterna - rówieśników i dawnych towarzyszy księcia - aby dotrzymali następcy tronu towarzystwa, a przy okazji dowiedzieli się czegoś na temat przyczyn jego dziwnego zachowania. Po ich odejściu zjawiają się posłowie, którzy zostali wcześniej wysłani z misją do króla Norwegii. Przynoszą oni list, w którym władca sąsiedniego państwa prosi o pozwolenie na przejście przez terytorium Danii wojsk wyprawianych na podbój Polski. Wieść ta uspokaja władcę. Pojawia się też Poloniusz, który oznajmia, że zna przyczynę dziwactw księcia. Na dowód tego pokazuje list Hamleta, w którym książę wyznaje swoją miłość. Dworzanin twierdzi też, że ponieważ Ofelia odrzuciła jego zaloty, następca tronu oszalał. Para królewska chciałaby się przekonać na własne oczy, czy tak jest naprawdę, Poloniusz zatem proponuje zaaranżowanie spotkania Hamleta z Ofelią, któremu Klaudiusz i Gertruda przyglądaliby się z ukrycia. Para królewska szybko oddala się z tego miejsca, zaś Poloniusz zaczyna rozmawiać z księciem, który właśnie nadszedł. Następca tronu wypowiada się w sposób - wydawałoby się - bardzo nieskładny. Z jego słów na przykład wynika, że nie poznaje wysoko postawionego dworzanina, nazywając go handlarzem “żywym towarem”. Po chwili rozmowy dworzanin odchodzi, zastanawiając się, jak doprowadzić do spotkania Hamleta z Ofelią. Zbliżają się zaś Rosencrantz i Guildenstern. Książę nie jest zadowolony z ich widoku, ale wita ich grzecznie, a zaraz potem doprowadza do tego, że przyznają się, iż sprowadziło ich do kraju przede wszystkim wezwanie króla, który wysłał ich też do Hamleta, nie własne uczucia. Oznajmiają oni księciu o przybyciu trupy aktorskiej, która chwilowo odbywa objazd prowincji, gdyż z różnych względów ma zakaz dawania występów w stolicy. Hamlet jest z tej wieści bardzo zadowolony. W pewnym momencie pojawia się ponownie Poloniusz, który - jak to książę chwilę wcześniej przepowiada - również przynosi wieść o przyjeździe aktorów. Chwilę później nadchodzą sami aktorzy, gorąco przez Hamleta witani. Po krótkiej z nimi rozmowie, książę zleca Poloniuszowi ugoszczenie ich, sam zaś zamienia jeszcze kilka słów z pierwszym aktorem - kierownikiem zespołu. Prosi go mianowicie, aby trupa wystawiła następnego wieczoru sztukę Morderstwo Gonzagi z napisaną przez Hamleta krótką wstawką. Chwilę po aktorach odchodzą też Rosencrantz i Guildenstern. Hamlet zaś w monologu oskarża samego siebie o tchórzostwo z powodu swojego “aktorstwa” -braku choć próby jawnego wystąpienia przeciwko mordercy swego ojca. Postanawia jednak sztukę ukształtować tak, aby przypominała morderstwo starego króla. Obserwacja zachowania stryja miałaby upewnić ostatecznie księcia co do winy bądź niewinności obecnego władcy.

AKT III

Scena pierwsza

Rosencrantz i Guildenstern składają królowi sprawozdanie ze swej rozmowy z Hamletem. Informują też, że tego wieczoru książę zaprasza wszystkich na przedstawienie. Władca odsyła następnie królową, gdyż chce z ukrycia - wyłącznie w towarzystwie Poloniusza - obserwować spotkanie Hamleta z Ofelią. Panna ma udawać, że jest pogrążona w modlitwie. Nadchodzi książę pogrążony w swym sławetnym rozważaniu, zaczynającym się od słów: “Być albo nie być”. Zastanawia się nad istotą śmierci i nad ulgą, którą może ona przynieść zmęczonemu życiem i jego troskami człowiekowi. Stwierdza też zarazem, że choć śmierć może dać ukojenie, jednak człowiek obawia się jej ze względu na lęk przed jej “drugą stroną”, przed tym, co będzie później. Spostrzegłszy Ofelię Hamlet przerywa monolog. Odnosi się do niej raczej oschle. Składa winę na kobiety i ich “rzekomą niewinność” za wywołanie jego szaleństwa i radzi, aby Ofelia zamknęła się w klasztorze. Wszystkie jego słowa, pełne wieloznaczności, ranią bardzo jej serce. Po odejściu Hamleta król i Poloniusz wychodzą z ukrycia. Klaudiusz jest przekonany, że młody książę coś ukrywa i to nie miłość jest przyczyną zmiany jego zachowania. Władca zamierza zatem wysłać go do Anglii. Poloniusz proponuje wystawić następcę tronu na jeszcze jedną próbę, pozwalającą wysondować jego myśli - podczas jego rozmowy z matką, zaś kanclerz miałby być ukryty za kotarą w komnacie królowej, a później przekazać wszystko Klaudiuszowi.

Scena druga

Hamlet udziela aktorom ostatnich wskazówek przed spektaklem. Następnie prosi Horacja, aby uważnie obserwował zachowanie króla. Sam powraca do swojej roli szaleńca i siada u stóp Ofelii. Toczy z nią przez chwilę dialog. Jego wypowiedzi są dwuznaczne. Przedstawienie rozpoczyna się pantomimą, w której widać śpiącego króla, któremu jakiś człowiek wlewa do ucha truciznę. Król umiera w boleściach. Truciciel zaś powraca po chwili i zaleca się do królowej, która w końcu przyjmuje jego zaloty. Po pantomimie aktorzy powracają na scenę i zaczynają właściwą sztukę. Na początku królowa-aktorka obiecuje mężowi niezachwianą wierność. Król-aktor nie jest całkiem przekonany o sile jej postanowienia, jednak ona ponawia swą przysięgę. Następnie król-aktor układa się do snu, zaś królowa-aktorka odchodzi. Na scenie pojawia się Lucianus, bratanek króla-aktora, i wlewa śpiącemu do ucha truciznę. W tym momencie Klaudiusz wstaje z miejsca i - niezwykle wzburzony - wychodzi. Wychodzą też inni widzowie. Pozostaje tylko Hamlet z Horacjem. Wymieniają uwagi na temat zachowania władcy. Chwilę później nadchodzi Guildenstern, wzywając księcia na rozmowę do królowej. Hamlet udaje rozkojarzonego, ale przyjmuje wezwanie. Pojawia się też Poloniusz, ponawiając prośbę królowej. Hamlet zostaje sam na sam ze swymi troskami. Przygotowuje się do rzucenia matce w twarz oskarżenia o zdradę pamięci ojca, ale zdaje sobie sprawę, że - posłuszny przestrogom ducha - musi nad sobą panować, aby nie wyrządzić jej krzywdy.

Scena trzecia

Król - obawiając się Hamleta - nakazuje Rosencrantzowi i Guildensternowi, aby stanowili “eskortę” księcia podczas jego podróży do Anglii. Poloniusz tymczasem udaje się do komnaty królowej, gdzie ma się schować “za arrasem”. Klaudiusz pozostaje sam. Dręczą go wyrzuty sumienia z powodu popełnionej zbrodni, ale nie potrafi okazać skruchy, gdyż wiązałoby się to z rezygnacją z korony oraz małżeństwa z Gertrudą, zaś przezwyciężenie żądzy władzy i pożądania małżonki zamordowanego brata jest ponad jego siły. Świadkiem tej dziwnej modlitwy jest Hamlet. Ma szansę zabić uzurpatora, ale powstrzymuje się przed tym, gdyż sądzi, że zabijając zbrodniarza w chwili modłów, wyrządziłby mu tylko przysługę, gdyż być może jest to dla grzesznika chwila przebaczenia i miłosierdzia Bożego.

Scena czwarta

Poloniusz udziela królowej ostatnich wskazówek przed jej rozmową z synem. Nadchodzi Hamlet. Jego zachowanie wzbudza jej niepokój, zaczyna zatem wzywać pomocy. Jej okrzyk powtarza ukryty za kotarą Poloniusz. Książę rzuca się natychmiast w tamtą stronę i przebija go nożem. Kiedy widzi, kto padł jego ofiarą, wyraża ubolewanie, że nie był to “ktoś ważniejszy”. Następnie zaczyna wyrzucać matce jej wiarołomstwo i brak opanowania żądz cielesnych, które doprowadziły ją do łoża mordercy własnego brata. Jego przemowa ma bardzo silny wpływ na jej sumienie i uczucia. Hamletowi ukazuje się na moment milczący duch zmarłego króla. Matka nie widzi widma, ale dodatkowym wstrząsem jest jego opis, który przekazuje jej syn. Książę przed opuszczeniem komnaty napomina jeszcze królową, aby nie ulegała żądzom i unikała obcowania z Klaudiuszem. Podjęta od zaraz wstrzemięźliwość ma pomóc jej przezwyciężyć grzeszną chuć. Na zakończenie rozmowy młodzieniec wyznaje jeszcze, że zna lub co najmniej podejrzewa, jakie są zamiary króla względem niego. Prosi zarazem królową, aby nie zdradziła Klaudiuszowi, że jego bratanek bynajmniej nie jest szalony. Następnie zabiera ze sobą ciało Poloniusza i odchodzi.

AKT IV

Scena pierwsza

Przerażona królowa informuje męża o zabójstwie popełnionym przez księcia dodając, że młodzieniec uczynił to w przypływie szaleństwa. Klaudiusz zamierza zatuszować zbrodnię i niezwłocznie wyprawić następcę tronu do Anglii. Poleca też Rosencrantzowi i Guildensternowi odnaleźć Hamleta i dowiedzieć się, gdzie znajduje się ciało zabitego.

Scena druga

Rosencrantz i Guildenstern odnajdują Hamleta, jednak on nie chce im powiedzieć, gdzie ukrył ciało zabitego. Bez oporów natomiast pozwala się zaprowadzić do króla.

Scena trzecia

Wysłannicy powracają oznajmiając, że książę nie wskazał im miejsca ukrycia ciała. Na rozkaz władcy zostaje wprowadzony sam następca tronu. Daje on królowi cięte odpowiedzi, które nie prowadzą do celu poszukiwań, w końcu jednak wskazuje na “schody do galerii”. Rosencrantz i Guildenstern natychmiast udają się po zwłoki Polomusza. Władca natomiast twierdząc, że czyni to również ze względu na bezpieczeństwo bratanka, oznajmia, iż młodzieniec odbędzie podróż o Anglii. Książę nie wyraża sprzeciwu. Wszyscy wychodzą. Klaudiusz zostaje sam. Wyjawia, że listy do króla angielskiego zawierają wyrok śmierci na Hamleta, który - jak król jest niezłomnie przekonany - zostanie wykonany natychmiast po przybyciu młodzieńca do celu podróży.

Scena czwarta

W drodze na statek Hamlet mija dowodzone przez młodego Fortynbrasa norweskie oddziały, które podążają na wojnę z Polską. Dowiedziawszy się, że wojska te będą walczyć jedynie o mały skrawek ziemi, zaczyna ponownie wyrzucać sobie opieszałość w dążeniu do tak ważnego celu, jakim jest pomszczenie śmierci ojca i hańby matki. Postanawia odtąd ciągle pamiętać o krwi, którą przelał jego stryj, wspomnienie to zaś ma go zagrzewać do walki z wrogiem - Klaudiuszem.

Scena piąta

Ofelia pragnie się widzieć z królową. Dziewczyna jest obłąkana. Przez chwilę odpowiada nieskładnie na zadawane jej pytania, zaś odpowiedzi przetyka gęsto rozmaitymi piosenkami, a następnie odchodzi. Król, który wszedł w tym czasie, nakazuje dworzanom strzec jej. Władca jest strapiony, gdyż śmierć i potajemny, szybko wyprawiony pogrzeb Poloniusza, wywołał rozruchy wśród ludu. Chwilę później pojawia się - w towarzystwie agresywnie zachowujących się Duńczyków - wzburzony Laertes, którego tłum obwołał wodzem. Młodzieniec jest przekonany, że śmierć ojca jest skutkiem jakichś pałacowych intryg, a być może i sam król ma z nią jakiś związek. Laertes gwałtownie domaga się wyjaśnień i pragnie pomścić śmierć ojca. Władca łagodnie próbuje skierować jego gniew w innym kierunku. W tym momencie ponownie wchodzi Ofelia. Widok majaczącej dziewczyny rozpala wściekłość jej brata. Klaudiusz jednak zręcznie uspokaja młodzieńca, a następnie namawia go do okazania rozsądku i cierpliwe wysłuchanie wyjaśnień.

Scena szósta

Marynarz przynosi Horacjowi list. Hamlet informuje przyjaciela, że podczas napadu piratów udało mu się w zamęcie przeskoczyć na wrogi okręt, który następnie uniósł go z powrotem do Danii. Książę prosi też, aby Horacjo pomógł wysłannikom dostać się do króla, gdyż bandyci oczekują okupu.

Scena siódma

Laertes dziwi się, że morderca Poloniusza nie został natychmiast ukarany, jednak Klaudiusz tłumaczy, że oprócz własnego przywiązania do Hamleta przeszkadzało mu w tym też uwielbienie, jakie tłum żywi dla księcia. Wchodzi posłaniec z listem od Hamleta. Książę oznajmia, że został wysadzony na duńską ziemię i powraca do stolicy. Klaudiusz knuje zatem nową intrygę - chce sprowokować Hamleta do zmierzenia się w pojedynku z Laertesem, który ma się posługiwać floretem o zaostrzonym i zatrutym końcu. Gdyby jednak Laertes nie mógł zyskać przewagi nad księciem, w przerwie następca tronu ma otrzymać puchar z zatrutym winem. W pewnym momencie pojawia się królowa z wieścią, że Ofelia zbierając na brzegu rzeki kwiaty, wpadła do wody i utonęła.

AKT V

Scena pierwsza

Dwaj grabarze kopią grób dla Ofelii, zastanawiając się jednocześnie, czy dziewczyna popełniła samobójstwo, a jeśli tak, to czy wolno ją chować “po chrześcijańsku”, w poświęconej ziemi. Jeden z nich udaje się do gospody po jakiś mocniejszy trunek. Nadchodzą Hamlet z Horacjem. Książę dziwi się, słysząc jak grabarz śpiewa sobie przy pracy, że człowiek ten ma tak dobry humor podczas spełniania tak niewesołego obowiązku. Następnie - przyglądając się wyrzuconym z dołu czaszkom, książę popada w zadumę nad marnością ludzkiego żywota i zrównaniem wszystkich w obliczu śmierci. Próbuje się też dowiedzieć, dla kogo jest kopany ten grób, ale - ponieważ grabarz ma cięty dowcip - przez chwilę nie może zdobyć tej informacji. W dalszej rozmowie książę dowiaduje się, że jedna z leżących czaszek należała do Yorricka, królewskiego błazna, z którym Hamlet przyjaźnił się w dzieciństwie. Rozmowę przerywa nadejście orszaku pogrzebowego, w którym kroczą: król, królowa, Laertes, dworzanie oraz doktor teologii pełniący funkcję księdza. Dwaj przyjaciele usuwają się na bok i obserwują ceremonię. Laertes jest niezadowolony ze skąpej oprawy całej ceremonii, ale doktor teologii wyjaśni mu, że ponieważ istnieją pewne podejrzenia (samobójstwa), nie wolno uczynić nic więcej poza pochowaniem zmarłej w poświęconej ziemi. Słysząc lament Laertesa nad zwłokami siostry, Hamlet -wstrząśnięty, gdyż właśnie dowiedział się, że to pogrzeb Ofelii - wychodzi z ukrycia. Między nim a bratem zmarłej dochodzi do starcia. Przeciwników rozdzielają dworzanie. Książę głośno oznajmia, że nikt bardziej od niego nie kochał Ofelii. Po odejściu Hamleta król powstrzymuje rwącego się do natychmiastowej walki Laertesa, przypominając mu poprzednie ustalenie związane z “załatwieniem” tej sprawy.

Scena druga

Hamlet opowiada Horacjowi, co zdarzyło się w drodze do Anglii. Książę - wiedziony złymi przeczuciami - wykradł Rosencrantzowi i Guildensternowi listy Klaudiusza adresowane do króla angielskiego. Odkrył w nich wyrok śmierci na siebie. Szybko zatem spreparował podobne pismo zawierające wyrok na oddawców owego listu. Jako pieczęcią posłużył się zaś sygnetem odziedziczonym po ojcu. Zjawia się Ozryk przynosząc wiadomość, że król postawił na księcia “wielką sumę w zakładzie” i następca tronu ma się zmierzyć w pojedynku z Laertesem. Przeciwnicy mają walczyć za pomocą rapierów i sztyletów. Hamlet wyraża zgodę, dworzanin zaś zanosi jego odpowiedź królowi. Horacjo nie jest pewny, czy książę dotrzyma pola swemu przeciwnikowi, jednak Hamlet nie przywiązuje do tego wagi. Ma on natomiast jakieś dziwne, niepokojące przeczucie. Pojawia się władca z małżonką i całym orszakiem. Tuż przed samym pojedynkiem książę przeprasza przeciwnika za swoje gwałtowne zachowanie, które miało miejsce na cmentarzu. Młodzieńcy wybierają broń, a następnie ścierają się ze sobą. Hamlet zalicza dwa trafienia. Król - aby uczcić przewagę księcia - wrzuca do kielicha z winem perłę i podaje puchar bratankowi, jednak ten wstrzymuje się z wypiciem. Zamiast niego toast spełnia królowa. Pojedynek toczy się dalej. W pewnej chwili Laertes rani przeciwnika. Podczas szamotaniny jednak dochodzi do zamiany floretów i Laertes również zostaje raniony. Chwilę później królowa pada na ziemię i umiera. Wino było zatrute. Hamlet chce odnaleźć winowajcę. Laertes wyznaje mu całą prawdę: floret, którym obaj zostali ranieni, był posmarowany trującą maścią, zaś winowajcą jest Klaudiusz. Hamlet, dowiedziawszy się o tym, zadaje cios królowi. Władca umiera, a po chwili w ślad za nim, Laertes. Na pożegnanie wybacza księciu i sam prosi o wybaczenie. Widząc, że następca tronu kończy swój żywot, Horacjo chce również wypić zatrute wino, jednak Hamlet zabrania mu i nakazuje pozosta政ywym świadkiem” całej tej historii. Z oddali dochodzą odgłosy przemarszu norweskiej armii powracającej ze zwycięskiej wojny. Hamlet nakazuje jeszcze, aby Horacjo opowiedział norweskiemu księciu o minionych zajściach, a następnie umiera. Pojawia się Fortynbras oraz poseł z Anglii, który przynosi wieść o śmierci Rosencrantza i Guildensterna. Horacjo informuje przybyszy o wydarzeniach, których konsekwencje mogą oglądać na własne oczy. Fortynbras wyraża na zakończenie pochwałę Hamleta i swe przekonanie, że młody książę duński, gdyby otrzymał koronę, z pewnością byłby “królem w pełnym sensie słowa”. Żołnierze - przy dźwiękach trąb - wynoszą na ramionach ciało zmarłego księcia.